Trochę to ryzykowne. Dla niektórych być może obrazoburcze. Ale to temat wart refleksji. W ostatnich 7 latach trzykrotnie zdarzyło nam się w tak wielkiej skali przeżywać zbiorowe emocje. Dwa razy ich treścią był smutek i ból – tak było po śmierci papieża Jana Pawła II i po katastrofie smoleńskiej. A teraz wspólnie przeżywaliśmy Euro 2012. Czy można to porównać? I czy takie doświadczenia nas zmieniają?
REKLAMA
Znamy smutną prawdę, że wspólne przeżywanie żałoby uczyniło nas lepszymi tylko na bardzo krótki czas. Nadzieje na ogólnonarodowe pojednanie po traumie, jaką było odejście naszego papieża, urzeczywistniły się tylko w jednym, spektakularnym ale nie mającym większego wpływu na nasze zbiorowe życie geście zgody między Aleksandrem Kwaśniewskim a Lechem Wałęsą.
Katastrofa jaka ponad dwa lata temu wydarzyła się pod Smoleńskiem na krótki czas zatarła wszelkie podziały. Wszyscy odczuwaliśmy to wtedy jak osobistą tragedię. Ale bardzo szybko tamta wspólnota bolesnego doświadczenia pękła. I dzisiaj „Smoleńsk” definiuje tak głębokie podziały, że wręcz można mówić o dwóch Polskach – skrajnie wrogich, odmawiających sobie wzajemnie godności, uczciwości czy patriotyzmu.
A teraz jako wielomilionowa wspólnota spotkaliśmy się jeszcze raz. W innej scenerii, z innymi emocjami. Dominowała radość, której nie zakłócił nawet słaby występ polskiej reprezentacji. Zobaczyliśmy siebie na tle kilkuset tysięcy kibiców z całej Europy. Każdy kibicował swoim, ale to nie przeszkodziło wspólnej zabawie. Po raz pierwszy – w tak masowej skali – nasze barwy narodowe, dotąd zawłaszczane przez „frakcję martyrologiczną”, nie tyle miały symbolizować wyjątkowo bolesne doświadczenia naszej historii, co raczej - obok barw innych uczestników Euro - pokazywać nas jako członków europejskiej rodziny.
Można ten społeczny fenomen Euro zlekceważyć. Przypomina mi się tu komentarz posła PiS-u Witolda Waszczykowskiego, który sprowadzał się mniej więcej do tego, że oto „dano ludowi igrzyska, nie zapominając przy tym, by nie zabrakło dla nikogo piwa”.
Ja patrzę na to inaczej. Od naszego wejścia do Unii Europejskiej w 2004 roku, po raz pierwszy tak licznie Europa przyjechała do nas. Wszyscy mogliśmy zobaczyć, jaka ona jest i kim są nasi goście. Mogliśmy przekonać się, jak niewiele nas różni. I podpatrzyć, jak narodowe uniesienia związane z kibicowaniem swoim jedenastkom mogą być pozbawione jakiejkolwiek wrogości wobec tych, którzy „naszym” wpakowali więcej bramek, niż my im.
Myślę, że tym razem z tych doświadczeń i zbiorowych emocji coś dobrego w nas zostanie.
