Gdy w 2001 roku działacz PSL i b. minister obrony Stanisław Dobrzański otrzymywał synekurę w postaci prezesury Polskich Sieci Elektroenergetycznych, ówczesny minister skarbu Wiesław Kaczmarek tłumaczył, że „Staszek chciał się sprawdzić w biznesie”. A dzisiaj na stanowisku prezesa PGE Energia Jądrowa chce sprawdzić swoje biznesowe kompetencje działacz PO i b. minister skarbu Aleksander Grad.

REKLAMA
Nic nie różni tych dwóch nominacji. Nic nie różni też tych dwóch partii – PSL-u i PO – jeśli patrzeć na nie jak na sprawne partyjne agencje zatrudnienia. Każda z nich na miarę swoich możliwości (czyli w proporcji do partycypacji we władzy) na potęgę załatwia swoim posady. Robi to bez żenady. Zarówno działacze Platformy jak i PSL-u uważają to za całkowicie normalne i należne.
Taśmy Serafina pokazały – na przykładzie ministerstwa rolnictwa – jak PSL podchodzi do podległych mu instytucji. Prywatne folwarki – to pewnie najlepsze określenie. Oburzony premier Tusk powoduje dymisję ministra Sawickiego i ogłasza, że sam będzie teraz nadzorował ministerstwo rolnictwa, bo tylko w ten sposób można przywrócić tam właściwe standardy.
Jak się dowiadujemy z „Gazety Wyborczej”, w nadzorowanej przez Platformę Obywatelską Mazowieckiej Jednostce Wdrażania Programów Unijnych jest równie źle, jak w instytucjach podległych PSL-owi. A może jest jeszcze gorzej, bo zdaje się że w instytucji dzielącej na Mazowszu pieniądze unijne mogą pracować wyłącznie działacze PO lub krewni tych działaczy.
Skoro premier Tusk (PO) ma się osobiście zająć naprawą zepsutego przez PSL ministerstwa rolnictwa, to może w ramach rewanżu wicepremier Pawlak (PSL) zajmie się uzdrawianiem instytucji, które padły ofiarą platformowej nomenklatury. Nie wykluczam, że znacznie więcej do roboty miałby wicepremier Pawlak.