Tak jak Józefowi Stalinowi przypisuje się cenne spostrzeżenie, że „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy”, tak Jackowi Rostowskiemu można by przypisać równie cenne słowa, iż „nieważne na ile się zadłużysz, ważne kto i w jaki sposób to policzy”.
REKLAMA
Minister finansów Jacek Rostowski chwali się, że finanse publiczne trzyma w ryzach. Minister twierdzi, że udało się utrzymać wysokość długu publicznego na poziomie 53,5% PKB. Zatem nie została przekroczona bariera 55%, co zmuszałoby rząd do wprowadzenia drastycznych cięć w wydatkach.
Problem polega na tym, że taki poziom długu publicznego wylicza jedynie rząd i to dzięki bardzo specyficznej metodologii. Otóż rząd nie wlicza do puli długu zobowiązań, jakie w imieniu rządu zaciąga Krajowy Fundusz Drogowy. Jak podaje „Puls Biznesu” (6.08.2012), gdyby zadłużenie KFD wynoszące 43 mld zł uwzględnić jako element długu publicznego, to ten ostatni wyniósłby 867 mld zł, co stanowiłoby aż 56,3% PKB. Według Eurostatu i Komisji Europejskiej taka właśnie, przekraczająca poziom 55% PKB jest wysokość polskiego długu publicznego. Bo dla Komisji Europejskiej KFD (tak jak i inne fundusze celowe) jest częścią finansów publicznych, zatem jego zobowiązania zwiększają poziom długu publicznego.
Nazwa Krajowego Funduszu Drogowego trafnie przywołuje cel jego powołania, jakim było gromadzenie środków na budowę dróg. Dzisiaj dla ministra Jacka Rostowskiego o wiele istotniejszy wydaje się być inny praktyczny walor funduszu – otóż dzięki jego istnieniu rząd zyskał możliwość prowadzenia wirtualnej księgowości i „obniżenia” długu publicznego aż o 43 mld zł.
Taką metodą „na fundusz” można pójść jeszcze radykalniej, bo przecież Krajowy Fundusz Drogowy to nie jedyny fundusz celowy, jaki może wykorzystać w swej kreatywnej księgowości minister Jacek Rostowski. Pytanie tylko, kogo w ten sposób można oszukać. Być może da się w ten sposób ominąć nasze własne i – jak widać – niedoskonałe przepisy prawne regulujące dopuszczalny poziom naszego zadłużenia. Ale nasi wierzyciele na pewno na to się nie nabiorą. A na koniec i tak będziemy musieli spłacić nasze długi – nie te według Rostowskiego, tylko te prawdziwe.
