W rankingu najbardziej udanych reform, jakie przeprowadziliśmy po 1989 roku, przywrócenie samorządu terytorialnego w postaci gmin zajmuje niekwestionowane pierwsze miejsce. Ale pewnie dlatego, że nasze gminy tak sobie znakomicie radziły, stały się one ofiarą finansowo nieuczciwych praktyk ze strony kolejnych rządów. I dzisiaj wielu z nich grozi bankructwo.

REKLAMA
Niestety rząd Platformy Obywatelskiej dołożył do tego znacznie więcej niż przysłowiową cegiełkę a Jacek Rostowski zdaje się być najbardziej antygminnym ministrem finansów w ponad dwudziestoletniej historii reaktywowanego samorządu terytorialnego.
Podstawowym problemem jest tu system oświaty i obciążająca przede wszystkim polskie gminy Karta Nauczyciela. Subwencje oświatowe – a one teoretycznie powinny sfinansować całość wydatków edukacyjnych – nie starczają nawet na pokrycie nauczycielskich pensji, a te rosną dzięki Karcie i za sprawą polityki rządu, który nie chce narażać się na konflikt z potężnymi związkami zawodowymi nauczycieli.
Rząd przerzucając na samorząd kolejne zadania, zmniejszając przy tym wpływy finansowe samorządów o ponad 5 mld zł, chce jednocześnie kompletnie sparaliżować nasze gminy przez wyznaczenie dopuszczalnego zbiorczego limitu deficytu sektora samorządów. Dzisiaj dana gmina może zadłużyć się na kwotę nie większą niż 60% rocznych dochodów (nota bene rząd zapożycza się na nieporównywalnie większe kwoty), a wprowadzenie zbiorczego limitu możliwości kredytowe polskich gmin radykalnie by ograniczyło.
Polskie gminy przystąpiły do kontrataku. Żądają zwiększenia udziału w dochodach z PIT-u (z 39,34% do 48,78%) oraz daleko idących zmian w Karcie Nauczyciela i ustawie oświatowej.
Jestem po stronie naszych gmin. Nie można dopuścić, by gminy – nie ze swojej winy – zaczęły bankrutować. Nie dalej jak dwa tygodnie temu pisałem na tych łamach (pod znamiennym tytułem – „Relikt przeszłości”) dlaczego trzeba zmienić Kartę Nauczyciela. Nie trudno wyliczyć, że porcja nowych zadań gminnych i niedoszacowanie ustawowych wydatków samorządowych przekracza te niespełna 10 punktów procentowych, o które gminny chciałyby zwiększyć swój udział w PIT-cie. Nie mam też wątpliwości, że twardo stąpający po ziemi ten czy inny wójt lub burmistrz wyda te dodatkowe pieniądze sensowniej i roztropniej niż obecny minister finansów.