Nie wystarczy postawić na tle flag narodowych szpakowatego, godnie wyglądającego profesora i przedstawić go jako swojego kandydata na premiera, by zerwać z wizerunkiem partii antyinteligenckiej.

REKLAMA
Jeśli takie właśnie było zamierzenie Prawa i Sprawiedliwości, to strzał z wystawieniem profesora Piotra Glińskiego chybił celu. Dwa są tego powody.
Po pierwsze, nadal najważniejszą narracją Prawa i Sprawiedliwości jest przekaz smoleński. Antoni Macierewicz i Anna Fotyga demonstrujący na cmentarzach są bardziej obecni w naszej świadomości niż prezentujący swoje „expose”, równie poprawny co pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy profesor Gliński. Także samego prezesa PiS-u bardziej pamiętamy z o dwa dni wcześniejszego marszu ulicami Warszawy wśród domowo-wojennych transparentów o „zamachu” i „zdradzie”, niż z zastanawiająco krótkiego bo ledwie minutowego towarzyszenia profesorowi Glińskiemu na trybunie.
Drugi powód, dla którego wystawienia profesora Glińskiego nie można traktować jako udanej próby zerwania z antyinteligenckim wizerunkiem PiS-u jest nieodparte wrażenie uczestniczenia w jakiejś całkowicie nieinteligenckiej, adresowanej do „maluczkich” szopce. Przecież wszystko, czego byliśmy świadkami jest grą: pan profesor nie jest poważnym kandydatem na premiera – on jedynie gra kandydata. I w tej roli on wie doskonale, że nie istnieje żadne większościowe poparcie dla jego kandydatury – ale gra, której się podjął wymaga, by mówił, że w sukces swojej misji wierzy na 100%.
Cała ta heca obraża inteligencję każdego inteligenta. A tym samym nie zrywa lecz raczej utrwala wizerunek PiS-u jako partii antyinteligenckiej.