Z ciekawej biografii Elżbiety II – „Prawdziwa królowa” – pióra Andrew Marra można się wiele dowiedzieć o brytyjskich obyczajach i standardach politycznych. Budzą one w nas uczucie zazdrości – tym większe, że dzielą nas od nich lata świetlne.
REKLAMA
Oto mamy maj 2010 roku. W wyborach powszechnych ani Partia Pracy ani Konserwatyści nie uzyskali bezwzględnej większości mandatów. Królowa powinna mianować premiera, ale jeszcze nie wiadomo, czy ster rządów uda się utrzymać Gordonowi Brownowi czy też rząd koalicyjny będzie tworzył David Cameron. Ale zgodnie z konstytucyjnym obyczajem królowa nie powinna w żaden sposób kłopotać się takimi problemami. Więc to, kto i kiedy poprosi o audiencję lub zostanie wezwany do Pałacu Buckingham dogadują ze sobą sekretarz królowej oraz sekretarz gabinetu Gus O'Donnell. Ten ostatni – przekładając na nasze realia – to szef kancelarii premiera. Z tą różnicą, że w brytyjskich realiach ten zarządzający całym zapleczem brytyjskiego premiera urzędnik jest apolityczny – tak jak wspomagał lojalnie Gordona Browna, tak za moment będzie pracował dla Davida Camerona.
O tym, jak wysokich stanowisk sięga brytyjska służba cywilna mogliśmy się też przekonać w uroczej komedii „To właśnie miłość” – gdy Hugh Grant jako świeżo upieczony premier przekracza progi Downing Street 10, wita go jego najbliższy personel. Ten personel już tam był. Grubo przed nim. Bo pracował tam dla jego poprzednika.
U nas jest dokładnie na odwrót. Właśnie czytam („Rzeczpospolita” z 4.10.2012), że minister edukacji Krystyna Szumilas unieważniła konkurs na dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji, bo wygrał go politycznie „nie-swój”. U nas w pierwszym lepszym urzędzie możemy przekonać się nie o tym, jak wysoko sięga służba cywilna, lecz o tym, jak niskie stanowiska obejmuje partyjna nomenklatura. A skoro – że sięgnę po przykład Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych – na stanowisku podrzędnego inspektora można zatrudnić jedynie politycznie „swojego”, to wizja, by ten sam urzędnik zarządzał Kancelarią Premiera i za czasów Kaczyńskiego, i za czasów Tuska, wydaje się być całkowitym political fiction.
