Dziś o tym, że nie warto o czymś pisać, ale że trudno w takim przypadku nie napisać właśnie o tym, o czym nie warto – więc niestety wspomniany tu będzie zjazd PZPN. Bo zastanówmy się – czy wybory władz PZPN naprawdę zasługują na takie zainteresowanie? Sami, nie wiadomo dlaczego, robimy z tego Bóg wie jaką sprawę, a potem dziwimy się, że PZPN uważa się za pępek świata.

REKLAMA
Nie tak dawno, przy okazji wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ogródków działkowych, cała Polska miała okazję poznać fragment skansenu PRL-u w czystej postaci – Polski Związek Działkowców, z prezesem wybranym na swe stanowisko w 1981 roku. Polski Związek Piłki Nożnej to inny fragment tego samego skansenu. Tych 118 delegatów robi wrażenie, jakby wzięci byli z innej – tamtej właśnie – epoki. Wydają się być bardziej godni żartów niż adoracji, kamer i wywiadów. I to ich specyficzne, siermiężne poczucie humoru – gdy jeden z delegatów w trakcie dyskusji statutowej mówi, że przyjęcie jakiejś tam poprawki można przyrównać do obalenia Konstytucji, to drugi mu odpowiada, że nie wie, co ten pierwszy obalał w nocy.
A i tak – podobnie zresztą jak w przypadku Polskiego Związku Działkowców – nikt nie ma wątpliwości, że jedyne o co chodzi w PZPN to gra interesów i twarde finansowe pertraktacje.
Kogoś na tym zjeździe wybiorą na prezesa. Dołączę wtedy do tych, którzy komentować tego nie będą. Bo ani PZPN, ani jego zjazd, ani też jego nowy prezes nie są warte jakiejś większej jakiejś ekscytacji.