Praktycznie niezauważone mija 5-lecie rządów Donalda Tuska. Mówi się czasem, że „zapanowało wymowne milczenie”. Być może teraz zapanowało dlatego, że w ciągu tych 5 lat nie stało się nic takiego, co prowokowałoby komentarz – rząd nie wywołał żadnej katastrofy, ale też nie ma się czym specjalnie chwalić.
REKLAMA
Ci którzy nami rządzą tak czy owak – choćby z racji pełnionej funkcji – zasłużą na swoją notkę w encyklopedii, ale nie zawsze przechodzą do historii. Nie wszystkich pamiętać będziemy jak mężów stanu. Łatwiej „wybić” się na nieśmiertelność w czasach ciężkich – ja choćby podczas wojen. Trudniej, gdy natrafiamy na dobrą koniunkturę – jak choćby po obydwu wojnach światowych. Tu tylko nieliczni potrafią zostawić po sobie trwałe pomniki.
Po I wojnie światowej, w czasach niezwykłej koniunktury, którą zakończył wybuch wielkiego kryzysu w 1929 roku, rządziło w Stanach Zjednoczonych dwóch prezydentów – Warren Harding i John Calvin Coolidge. Żaden z nich nie miał większych ambicji niż administrowanie krajem. Żaden nie zauważył symptomów nadchodzącego kryzysu. Nie zrobili nic, by zmienić filozofię rządzenia i zreformować kraj na tyle, by choć w minimalnym stopniu zabezpieczyć kraj przed krachem. I choć przez współczesnych byli oceniani nie najgorzej, to do historii nie przeszli.
Inny przykład płynie z Niemiec po II wojnie światowej. Tu i minusy (bo przecież kraj miał fatalną reputację i był w ruinie) i plusy (bo odbudowa zawsze napędza koniunkturę) do maksimum potrafił wykorzystać Konrad Adenauer, wspomagany przez swojego ministra gospodarki Ludwiga Erharda. To Konrad Adenauer zbudował fundamenty dzisiejszej potęgi gospodarczej Niemiec i zamożności niemieckich obywateli. I na trwale zapisał się nie tylko w niemieckiej historii.
Donald Tusk niestety bardziej przypomina tych dwóch, nieco dzisiaj zapomnianych amerykańskich prezydentów. Jego rządy przypadły na najlepsze dla Polski lata – pierwsze olbrzymie pieniądze z Unii Europejskiej na rozwój naszej infrastruktury. Tak znakomitą sytuację należało wykorzystać i zreformować polskie finanse publiczne. Tu nie zrobiono nic. Bo trudno za poważną reformę uznać rozciągnięte w czasie wydłużenie wieku emerytalnego – zwłaszcza, że poprzedziła ją antyreforma, w ramach której rząd wyciągnął rękę po nie swoje (a nasze) czyli po odkładane przez nas pieniądze na OFE.
Wspomniany tu Warren Harding, mówiąc o Ameryce, powiedział, że kraj „nie potrzebuje heroizmu ale normalności, nie potrzebuje chirurgicznych cięć, ale łagodności”. Nie wspomniał co prawda o ciepłej wodzie w kranach, ale czy ta retoryka czegoś Państwu nie przypomina?
