Jestem przeciwny ratyfikowaniu przez Polskę układu ACTA. Ale nie mogę nie zauważyć, że „debata” (cudzysłów jak najbardziej na miejscu) w sprawie ACTA, jaka toczyła się w Internecie pokazuje, jakiemu zwyrodnieniu podlega dzisiaj wymiana opinii w sieci.
REKLAMA
Zwolennikiem ACTA jest twórca Zbigniew Hołdys. Rozumiem jego racje, choć ich nie podzielam, gdyż za korzyści jakie z ACTA mogą odnieść twórcy nie można – moim zdaniem – płacić tak wysokiej ceny, jaką jest ograniczenie wolności i prywatności w sieci.
Ale mimo różnicy zdań jestem po stronie Zbigniewa Hołdysa, gdy idzie o jego prawo do głoszenia własnego poglądu. Tak jak każdy uczestnik debaty publicznej zasługuje on na szacunek. Jak podaje „Newsweek” (10,2012) prawo to brutalnie kwestionują przeciwnicy ACTA. Obrzucają go stekiem wyzwisk, a wszystko to dzieje się oczywiście w sieci, gdzie – z uwagi na anonimowość – tego typu „odwaga” nic nie kosztuje.
Władza publiczna nie powinna ograniczać wolności w Internecie. Byłoby jednak dobrze, gdybyśmy sami – jako użytkownicy sieci – dobrowolnie zrezygnowali z części wolności jaką daje nam Internet. Myślę tu o wolności do bycia anonimowym.
W czasach realnego socjalizmu, który dla dzisiejszych dwudziestolatków jest historią równie odległą jak II wojna światowa, jednym z najważniejszych instrumentów ówczesnej władzy była cenzura. Domagaliśmy się jej zniesienia uważając, że wolność słowa jest jednym z niezbywalnych praw obywatelskich.
Wolność słowa rozumieliśmy jako prawo każdego z nas do głoszenia i rozpowszechniania pod własnym imieniem i nazwiskiem każdej opinii – czy to jako głos w dyskusji, czy też w formie artykułu, dzieła literackiego, filmu lub obrazu.
Dzisiaj wolność słowa jest konstytucyjnym i realnym prawem każdego z nas. A najważniejszym instrumentem realizacji tego prawa jest Internet. Niestety wyrażane w nim opinie – jeśli sięgnąć po przykład z czasów przed internetowych – coraz bardziej przypominają napisy i rysunki jakie spotkać można było na ścianach kabin w obskurnych szaletach publicznych. Nigdzie poza Internetem nie spotkamy się z takim ładunkiem wulgarności i zawiści. A wszystkie to kryje się za tchórzliwą anonimowością.
Nie postuluję zakazu wrzucania do sieci anonimowych opinii. Bo po pierwsze, to niewykonalne. A po drugie – powtórzę – żadna władza nie powinna ograniczać wolności w Internecie. Także wolności do anonimowego dzielenia się w sieci swoimi frustracjami wyrażanymi językiem nienawiści.
Ale coś z tym warto zrobić. I tu mój apel do nas – internautów. Spójrzmy na te anonimowe erupcje złych emocji pełnych chamstwa i pomówień tak, jak przed laty patrzyliśmy z zażenowaniem na wnętrza publicznych toalet. A sami publikujmy nasze opinie jak ludzie odpowiedzialni i odważni – nie kryjąc naszych personaliów. Niech coraz wyraźniejsze będzie rozróżnienie między tym, co jest wyrażaną w Internecie opinią publiczną, a tym, co jest internetowym rynsztokiem.
