W ramach tworzenia przez rząd przyjaznego klimatu dla przedsiębiorczości – który to eufemizm oznacza coraz to mocniejsze dokręcanie fiskalnej śruby – fiskus, wsparty tu absurdalnym orzecznictwem NSA, postanowił opodatkować „przychód” pracownika, jaki powstaje w wyniki spożycia przez niego śledzika na pracowniczej wigilii. A „przychód” ten ma oczywiście wyliczyć pracodawca.

REKLAMA
„Przychód” ów wylicza się jako średnią. Jeżeli jeden pracownik nie lubi śledzi i nie zjadł ani kawałka, a drugi – miłośnik śledzi – zjadł dwa, to każdemu zalicza się „po śledziu” przychodu, bo taka wychodzi średnia. Jakby tego było mało, w przychód pracownika wlicza się również śledzie, które zjedzą goście z zewnątrz. Jeśli w firmie „Śledź sp. z o.o” zatrudniającej 5 pracowników, na pracowniczą wigilię zaproszono dodatkowo 5 osób z zewnątrz i zakupiono w związku z tym 10 śledzi – przewidując, że każdy z uczestników zje po 1 śledziu – to średnia wypadająca na każdego z 5 pracowników wynosi 2 śledzie. I te 2 śledzie pracodawca zmuszony jest wliczyć każdemu pracownikowi do przychodu.
Fiskus chwyta się coraz bardziej absurdalnych interpretacji, by sięgnąć do naszych kieszeni. Ale w przypadku przedwigilijnego, firmowego śledzika spodziewam się szybkiej reakcji ze strony zdroworozsądkowych przedsiębiorców. Otóż za rok okaże się, że w firmie „Śledź sp. z o.o” nie będzie żadnej pracowniczej wigilii. Zamiast tego firma urządzi – dające się wliczyć w koszty – „spotkanie biznesowe z poczęstunkiem” dla 5 osób spoza firmy, które obsługiwać będzie 5 pracowników.
I cóż z tego, że na tym czysto biznesowym spotkaniu wszyscy - i goście i pracownicy - łamać się będą opłatkiem i raczyć się będą śledzikiem. Najważniejsze, że fiskus zamiast podatku od „przychodu” jakim jest spożyty śledź, zobaczy od tego śledzia ucho.