Trzy miesiące temu prezes LOT-u Marcin Piróg przekonywał, że wyniki finansowe firmy są na tyle dobre, że LOT-owi nie grozi upadek. Mocnym potwierdzeniem dobrej kondycji LOT-u wydawał się być zakup Dreamlinera. Okazuje się jednak, że gdy miesiąc temu Dreamliner lądował na Okęciu , w Ministerstwie Skarbu trwały już rozmowy w sprawie pomocy dla LOT-u w wysokości 1 miliarda zł.

REKLAMA
Smutna prawda jest taka, że na kosztowny spektakl związany z zakupem i lądowaniem Dreamlinera pozwolił sobie bankrut, któremu rząd chce teraz udzielić miliardowego wsparcia z publicznych pieniędzy. Wychodzi więc na to, że pierwszego w Europie Dreamlinera nie tyle zakupił LOT, co raczej my – podatnicy.
Nie kwestionuję, iż należy pomóc „narodowemu przewoźnikowi” – zwłaszcza, że w Europie, w trudnym dla linii lotniczych okresie, wiele rządów na to się decyduje. W czasach, gdy w większości państw protekcjonizm i rządowe interwencje stają się (o zgrozo!) normą, nie należy pozostawiać LOT-u w trudniejszej sytuacji, niż mają jego europejscy konkurenci. Zwracam jednak uwagę, że prawdziwa pomoc, to nie kolejne dosypywanie gigantycznych środków z budżetu, lecz udana prywatyzacja.
Lepiej zatem by było, by zamiast organizować za wiele tysięcy złotych fetę z okazji lądowania nowego samolotu, LOT oraz Ministerstwo Skarbu wreszcie znaleźli dla firmy strategicznego, silnego partnera, który zagwarantuje LOT-owi przetrwanie na lata.