Im bardziej drożeją bilety jednorazowe komunikacji miejskiej, tym większy jest popyt na karty miejskie. Nie inaczej jest w Warszawie. Próbowałem zakupić taką kartę dla mojego syna, ale okazało się to bardzo trudne. Tak trudne, że aż niemożliwe. Nie mogę pojąć, dlaczego zakup teoretycznie promowanego przez miasto towaru musi przypominać kolejkowe horrory z czasów PRL-u.

REKLAMA
Próbę zakupu podjąłem na stacji metra Warszawa-Centrum. Nie jestem sam. Wokół tłum ludzi. Na 6 okienek czynne są 2, a kolejka zakręcona jest 3 razy. Nie dość, że posuwamy się w żółwim tempie, to po pół godzinie pani z okienka informuje, że z powodu „awarii systemu” dalsze wydawanie kart nie jest możliwe. Reakcje ludzie przypominają te z czasów PRL-u, gdy po długim wystawaniu w kolejce po mięso, okazywało się, że towaru zabrakło.
Najbliższy kolejny punkt wydawania kart miejskich mieści się na stacji metra „Ratusz-Arsenał”. Ale bliżej Ratusza (czyli miejskiej władzy) nie oznacza poprawy na lepsze. Znowu czynne są tylko 3 okienka, które nie są w stanie sprawnie obsłużyć kilkudziesięciu chętnych. I podobnie jak na stacji Centrum i tu, pod Ratuszem, po kilkunastu minutach pani z okienka rozkłada ręce, bo – jak twierdzi – nastąpiła „awaria techniczna”. Komentarzy rozgoryczonych mieszkańców – a byli wśród także ci, którzy podobnie jak ja przyjechali tu ze stacji Centrum – powtarzać nie będę, bo dominowały w nich słowa, które w druku zastępuje się kropkami.
Parafrazując pewne hasło z czasów przywołanego tutaj PRL-u należałoby powiedzieć „Samorząd – tak. Wypaczenia – nie”. Bo samorząd to naprawdę jedna z naszych najbardziej udanych reform. Ale to, co wyprawiają władze Warszawy z wydawaniem kart miejskich, to wypaczenia, które włodarzy miasta powinny zawstydzać.