Po odejściu posła Łukasza Gibały koalicja ma zaledwie 234 posłów. Jeśli odejdzie 4 kolejnych, utraci większość. Co wtedy – przyspieszone wybory? A może rząd mniejszościowy? Donald Tusk wie, że rząd mniejszościowy to dla sprawujących władzę rozwiązanie politycznie rujnujące. Myślę, że Donald Tusk, gdyby miał takie konstytucyjne możliwości jak premier Wielkiej Brytanii, wybrałby przyspieszone wybory. Ale w Polsce nie ma królowej, która na wniosek premiera rozwiązałaby parlament i zarządziła w ciągu 6 tygodni nowe wybory.

REKLAMA
Zgodnie z Konstytucją skrócenie kadencji Sejmu może nastąpić w trzech okolicznościach: poprzez samorozwiązanie Sejmu, z powodu nieuchwalenia budżetu oraz w wyniku dymisji rządu i niepowołania nowego.
Samorozwiązanie Sejmu wymaga 2/3 głosów. To oznacza, że decyzja taka nie jest możliwa bez zgody PiS-u. Co prawda partia Jarosława Kaczyńskiego wiele mówi o tym, że rząd Donalda Tuska powinien jak najszybciej odejść, ale moim zdaniem wniosku o samorozwiązanie nie poprze. Lepszym wariantem dla PiS-u jest trwanie słabego rządu mniejszościowego. Jest oczywiste, że taki rząd traciłby resztki społecznego poparcia, a tym samym, w perspektywie późniejszych wyborów, traciłaby Platforma, a zyskiwać mógłby PiS. Wszyscy pamiętamy lekcję z mniejszościowym rządem Belki i późniejszą klęskę wyborczą SLD.
Nieuchwalenie budżetu – które daje prezydentowi prawo do skrócenia kadencji Sejmu – jest możliwe arytmetycznie, ale politycznie mało prawdopodobnie. Przeciw uchwaleniu budżetu musiałaby bowiem głosować cała opozycja. Nie sądzę, by SLD – zdając sobie sprawę, czym to grozi – zdecydowałoby się na taki krok. Raczej wstrzyma się od głosu (a to już wystarczy, by budżet zwykłą większością głosów uchwalić), gdyż partia Leszka Millera jest dzisiaj ciągle zbyt słaba, by decydować się na przyśpieszone wybory. A przecież Platforma nie zagłosuje przeciwko własnemu budżetowi.
Zostaje dymisja rządu. Wtedy rozpoczyna się rozpisana na maksymalnie 56 dni procedura powoływania nowego rządu – dodajmy: raczej bez szans powodzenia – po której, gdy nie zakończy się ona sukcesem, prezydent skraca kadencję i zarządza wybory, które odbywają się w ciągu 45 dni. Cały ten okres po dymisji destabilizuje sytuację polityczną, a cenę za to płaci przede wszystkim partia rządząca.
Myślę więc, że w przypadku utraty większości, najbardziej prawdopodobne jest wpadnięcie Tuska w pułapkę rządu mniejszościowego. To wymarzony wariant dla opozycji: zaciera ona ręce i cierpliwie czeka, aż słaby i gasnący w oczach rząd wykrwawi się bez reszty.