Niespełna dwa miesiące temu komentowałem w tym miejscu wycofanie się rządu z obiecywanej wcześniej reformy emerytur górniczych. Dzisiaj słyszymy, że nic nie będzie z zapowiadanych zmian w Karcie Nauczyciela. Tak w jednym, jak i w drugim przypadku rząd rejteruje przed związkami zawodowymi.

REKLAMA
W przypadku emerytur górniczych idzie o nasze wspólne pieniądze. Wszyscy pracujący „wrzucają” do wspólnego ZUS-owskiego worka składki emerytalne, z których opłacane są świadczenia dzisiejszych emerytów. Demografia i niewydolność systemu sprawiają, że wpłaty są generalnie mniejsze niż wypłaty, ale w żadnej grupie zawodowej nie ma aż takiej dysproporcji – w skali roku kwota wypłacanych byłym górnikom emerytur czterokrotnie (!) przekracza kwotę uzyskiwanych od górników składek.
Jeśli chodzi o przywileje nauczycielskie – m.in. najniższe bo 20-godzinne pensum w Europie, najdłuższe urlopy wypoczynkowe oraz gwarantowane urlopy na podratowanie zdrowia – to ich koszt w największej mierze obciąża samorządy. W żadnej polskiej gminie subwencja oświatowa nie jest w stanie pokryć rzeczywistych kosztów funkcjonowania szkół, stąd samorządy są najbardziej zainteresowane, by poprzez ograniczenie nauczycielskich przywilejów, możliwa była jakaś choćby minimalna racjonalizacja ponoszonych na oświatę wydatków. To, że koszty zaniechania reform w zakresie praw nauczycielskich spadają na gminy, jedynie wzmacnia tchórzliwą wobec nauczycielskich związków zawodowych postawę rządu.
Polacy, którzy przy wyborczych urnach oddali władzę w ręce Platformy Obywatelskiej mieli prawo oczekiwać, że w kluczowych, angażujących publiczne pieniądze sprawach, decyzje będzie podejmować rząd działający w interesie ogółu obywateli. Rzeczywistość wygląda inaczej, gdyż więcej do powiedzenia od konstytucyjnych ministrów zdają się tu mieć związkowi przywódcy – Kazimierz Grajcarek z górniczej Solidarności lub Sławomir Broniarz ze Związku Nauczycielstwa Polskiego – a oni z całą pewnością nie działają w interesie nas wszystkich.