Minister Jacek Rostowski niezwykle ostro zareagował na wstępną propozycję towarzystw emerytalnych, by świadczenia z OFE wypłacać przyszłym emerytom tylko przez kilkanaście lat. Niestety – gdy minister mówi, że „nasz rząd nigdy się na to nie zgodzi”, to zamiast się cieszyć, zaczynam się poważnie obawiać, czy rząd nie zamierza zrobić kolejnego skoku na nasze pieniądze odkładane w OFE.

REKLAMA
Przypomnę, że gdy w ramach reformy systemu emerytalnego stworzono otwarte fundusze emerytalne (OFE), przyjęto, że odkładana na przyszłe emerytury część naszej comiesięcznej pensji w wysokości 19,52% dzieli się na 12,22% odkładane do ZUS (czyli do wspólnego worka, z którego finansowany jest dominujący teraz solidarystyczny system emerytalny) oraz na 7,3% przekazywane do OFE (czyli nie na solidarystyczny ale na nasz jak najbardziej osobisty rachunek, z którego w przyszłości będzie finansowana jedynie nasz emerytura).
Tak było do maja ubiegłego roku. Wtedy weszła w życie pseudo reforma, w wyniku której rząd – nie radząc sobie z corocznym dopinaniem budżetu – położył rękę na istotnej części naszych odkładanych dotąd do OFE pieniędzy: składkę do OFE zmniejszył z 7,3% naszych pensji do 2,3% (ta zmiana oznacza, że comiesięczna kwota przekazywana do OFE zmniejszyła się o ponad 68%!) a uzyskanymi w ten sposób środkami zwiększył kwotę przekazywaną do ZUS.
Propozycja złożona przez towarzystwa emerytalne nie jest niczym dziwnym. Dziwne jest raczej to, że minister twierdzi, iż propozycją taką jest zaszokowany. Takie przecież są przyjęte na całym świecie standardy działania emerytalnych funduszy kapitałowych. Jest rzeczą normalną, że wychodzą one z jakąś wstępną propozycją dotyczącą pierwszych wypłat emerytalnych z OFE dla emerytów – co trzeba dodać – którzy odkładali na OFE tylko przez część swojego zawodowego życia. Jedną z propozycji może być wypłata dożywotnia – ale wtedy z uwagi na relatywnie niski okres odkładania na OFE (i niewielki zgromadzony kapitał) byłaby to emerytura niezwykle niska. Można też zaproponować znacznie wyższe comiesięczne świadczenia, ale tylko przez określona liczbę lat (np. 10-12 lat).
Minister Rostowski doskonale zdaje obie z tego sprawę. Gdyby do problemu przyszłych emerytur podchodził uczciwie, to sam zaproponowałby jakieś rozwiązanie i usiadł do rozmów, by dojść z towarzystwami emerytalnymi do jakiejś konkluzji.
Minister woli jednak tworzyć czarny PR wokół towarzystw emerytalnych. Woli mówić, że kierują nimi ludzie niegodni społecznego zaufania. Ma nadzieję, że ludzie to „kupią” i uznają fundusze, które gromadzą nasze składki emerytalne, za organizacje niewiele różniące się od złodziejskich mafii.
A wtedy rząd – licząc na społeczne przyzwolenie – przystąpi do ostatecznej likwidacji OFE i wszystkie nasze indywidualne pieniądze przerzuci do wspólnego, przez nikogo nie kontrolowanego worka.
To budowanie atmosfery zdumienia i szoku w reakcji na wstępną propozycję towarzystw emerytalnych to tylko część zaplanowanej intrygi, której celem jest likwidacja OFE. Jest to intryga – dodajmy – szyta tak grubymi nićmi, że tylko ktoś o tak wysokim poziomie samouwielbienia i tak niskim poziomie politycznych zdolności jak Jacek Rostowski mógł sądzić, że nikt się w tym nie połapie i dostrzeże o co w tym wszystkim chodzi.
Gdy nasz minister finansów pochyla się z troską nad naszą emerytalną przyszłością finansową – trzymajmy się za nasze portfele. A w tym przypadku „nasz portfel” oznacza nasze indywidualne konto w OFE. Trzeba zatem bić na alarm, bo ta zaplanowana kolejna antyliberalna pseudoreforma PO cofnie nas do skazanego na katastrofę systemu ZUS-owskiego – a to prędzej czy później oznacza bankructwo całego systemu emerytalnego.