10 lecie przywództwa Donalda Tuska w Platformie Obywatelskiej to okazja do podwójnej refleksji. Po pierwsze, nad cechami charakteru Donalda Tuska i stosowanymi przez niego metodami politycznej walki sprzyjającymi zdobyciu i utrzymaniu władzy – najpierw w partii, a potem w państwie. A po drugie, nad tym, po co tę władzę się zdobywa.
REKLAMA
Donald Tusk wygrywający wybory parlamentarne i Donald Tusk poszerzający swoją władzę w partii to inne twarze, to dwie inne osoby.
Ten pierwszy – to mistrz pijarowskiej zagrywki i rozmowy z Polakami, polityk trafnie odczytujący społeczne nastroje, to człowiek, któremu można zaufać.
Ten drugi – to mistrz gabinetowych rozgrywek, przywódca nie ufający nikomu, człowiek, dla którego nie istnieją żadne więzi lojalnościowe, ktoś, kto w ramach czystek, bez żadnych oporów pozbywa się swoich najbliższych współpracowników.
Tusk walczący o jedynowładztwo w partii i Tusk walczący o władzę w państwie to człowiek sukcesu – oczywiście, że do czasu, ale jak na polskie warunki to był bardzo długi czas. Tusk dwukrotnie wygrał wybory parlamentarne i nikt w historii III RP nie pełnił funkcji premiera tak długo. Choć godzi się też przypomnieć – co obecny premier chyba całkowicie wyparł z pamięci – że to nie Donald Tusk przeprowadził w 2003 roku Platformę z II politycznej ligi (notowania na poziomie 10–15%) do I ligi (notowania powyżej 20%). Tym politykiem był Jan Rokita jako niezwykle sprawny członek komisji sejmowej ds. afery Rywina. Rokita jest dzisiaj poza Platformą. Podobnie jak Andrzej Olechowski, Zyta Gilowska czy niżej podpisany. Całe to grono łączyło jedno – wnosiliśmy do Platformy sporą dozę programowej i politycznej samodzielności, a to z biegiem czasu w oczach Donalda Tuska nabierało oznak prawie że politycznej zbrodni.
Tak – bez wątpienia do pewnego czasu Donald Tusk okazywał się być mistrzem w zdobywaniu władzy. Ale gdy tę władzę poszerzał i umacniał, coraz zasadniej brzmiało pytanie – po co Donald Tusk tę władzę brał w swoje ręce?
Platforma Obywatelska, gdy powstawała w 2001 roku – a byłem wtedy wśród jej najaktywniejszych współzałożycieli – była partią o wyrazistym ideowym wizerunku. Promowała liberalne rozwiązania gospodarcze, postulowała przywrócenie państwa obywatelom, broniła wolności i samorządności. Chciała być partią nowego typu – partią anty-wodzowką, anty-aparatczykowską, prawdziwie obywatelską, wyłaniająca swoich kandydatów do parlamentu w prawyborach. Gdy Donald Tusk przejął partię, a zwłaszcza gdy własne przywództwo przekształcił w jedynowładztwo – zmienił Platformę nie do poznania. Dzisiejsza Platforma zatraciła swoją dawną ideową tożsamość. Wierny Tuskowi aparat zastąpił dawne polityczne osobowości. PO pod władzą Tuska jest partią skrajnie scentralizowaną, w której o każdej nominacji decyduje długopis wodza.
Jeszcze smutniejsza refleksja przychodzi, gdy zastanowimy się nad sensem i konsekwencjami rządów Donalda Tuska w kraju. Tu bardzo wyraźnie widać prymat myślenia, że władzę bierze się po prostu dla samej władzy. Historia nie wybaczy Donaldowi Tuskowi, że – mimo tak znakomitych możliwości w postaci miliardów środków unijnych – nie zreformował finansów publicznych. Przeciwnie – rządy Tuska to okres wzrostu długu publicznego, a jedynym sposobem, jaki stosuje rząd, by deficyt ograniczać, to antyliberalny i antyobywatelski fiskalizm. Rząd Donalda Tuska nie odważył się też, by dla dobra wszystkich ograniczyć niesprawiedliwe przywileje emerytalne. Dawny liberał Donald Tusk wręcz utrudnił a nie ułatwił prowadzenie działalności gospodarczej.
Dziś – być może przez tę długą listę grzechów zaniechania – dobra passa dla premiera zdaje się dobiegła końca. Notowania Platformy – przekształconej przez Tuska w klasyczną partię władzy – spadają tak dalece, że jest wielce prawdopodobne, że po najbliższych wyborach tę władzę ona straci. Premier – kiedyś przodujący w rankingach zaufania, dziś walczy o pierwsze miejsce w rankingu nieufności. Tam gdzie wyborcy mieli już okazję wypowiedzieć się przy wyborczych urnach, sygnały dla Platformy są bardzo niepokojące – PO przegrała wybory uzupełniające do Senatu w Rybniku, w Elblągu mieszkańcy odwołali platformowe władze, a w wyborach w Żaganiu kandydaci PO ponieśli spektakularną porażkę.
Morał z tych 10 lat Donalda Tuska jako politycznego lidera odczytałbym tak: nie wystarczy umiejętność sięgnięcia po władzę. Trzeba wiedzieć, po co chce się ją wziąć i co chce się zmienić na lepsze. Za ileś tam lat w podręczniku historii być może ktoś napisze, że Donald Tusk – rekordzista! – dwa razy wygrał wybory. Ale strona o dokonaniach tego rządu będzie niestety pusta.
