Sztukę rozpisano na 3 akty. W pierwszym akcie grający główną rolę Donald Tusk ogłosił Wielką Reformę Emerytalną. Zrobił to na tyle przekonująco, że mało kto się zorientował, iż zgłoszoną propozycję trudno nazwać reformą, bo nie zmienia ona istoty naszego systemu emerytalnego. Teraz na scenie toczy się akt drugi, w którym każdy musi odegrać swoją rytualną rolę.
REKLAMA
Platforma Obywatelska – czyli Donald Tusk – usiłuje pokazać, że rządzi naprawdę a nie na niby. I że musi rządzić, bo jest na tej scenie jedynym odpowiedzialnym reformatorem.
Polskie Stronnictwo Ludowe – czyli Waldemar Pawlak – chce się pokazać jako pełnoprawny i mający własne zdanie partner koalicyjny. Jako partner, który bezduszne wyliczenia Platformy usiłuje skorygować „czynnikiem ludzkim”, bo „człowiek jest najważniejszy”.
Janusz Palikot chce się nam pokazać jako poważny i proreformatorski polityk, od którego wszystko zależy.
Tradycyjną rolę odgrywa prawica. Jarosław Kaczyński propozycję Platformy kontestuje głosząc, że czyni to w imieniu biednych. Otacza się przy tym obecnymi emerytami, których proponowane przez Platformę zmiany w ogóle nie dotyczą.
Najciekawsze, co zobaczymy w akcie trzecim.
Jedną z możliwości jest poprowadzenie tej sztuki w ramach schematu „stare-dobre małżeństwo”. Partnerzy po kilku kłótniach, trzaskaniu drzwiami i wzajemnym obwinianiu, w końcu się dogadują, przeprowadzają mniej lub bardziej okrojone zmiany emerytalne i rządzą razem do zakończenia kadencji.
Nie można jednak wykluczyć bardziej dramatycznego zakończenia. Koalicja pęka i w sprawie zmian emerytalnych Platforma staje się zakładnikiem Palikota. W takiej sytuacji Donald Tusk z całą pewnością zacząłby rozważać opcję przyspieszonych wyborów. Wybory, których głównym powodem byłoby zablokowanie zmian emerytalnych, dawałoby Platformie możliwość zbudowania czytelnego przesłania wyborczego. Donald Tusk proponując takie rozwiązanie spotkałby się jednak z dużym oporem we własnej partii. Powód jest tu prosty: dla zbyt wielu posłów wybory oznaczałyby utratę mandatu – a jeśli tak, to lepiej stracić go za 3 lata niż za parę miesięcy.
Myślę zatem, że jeżeli koalicja nie przetrwa sporu o emerytury, to Donald Tusk – bardziej nie chcąc niż chcąc – będzie premierem rządu mniejszościowego. To by oznaczało, że III akt będzie wyjątkowo długi, a znudzona i zniechęcona publiczność będzie coraz gorzej oceniać grającą w nim główną rolę Platformę Obywatelską.
