Nie trzeba było być prorokiem, by przewidzieć do czego może doprowadzić zwycięstwo Mohameda Mursiego z Bractwa Muzułmańskiego w wyborach prezydenckich w Egipcie. Ponad półtora roku temu pisałem, że egipscy islamiści chcą wygrać wybory, by następnie wprowadzić prawo szariatu, zdelegalizować ugrupowania nieislamskie i świeckie, ograniczyć prawa kobiet – jednym słowem wprowadzić w życie ustrój, który znamy z Iranu – tyle, że w wersji nie szyickiej a sunnickiej.
REKLAMA
Nie trzeba było długo czekać. W listopadzie zeszłego roku Mohamed Mursi, wybrany na prezydenta pięć miesięcy wcześniej, wydał dekret zgodnie z którym, do czasu opracowania nowej konstytucji, żaden inny organ władzy – w tym także Sąd Najwyższy – nie może ograniczać jego decyzji (zatem również nie może kwestionować wydanego dekretu). Kolejny dekret brzmiał jeszcze groźniej, bo głosił, że prezydent ma prawo do „podejmowania decyzji, które chroniłyby rewolucję". Wyraziłem wtedy pogląd, że może się okazać, iż jedynie armia będzie zdolna przywołać do porządku wybranego demokratycznie, ale nie przestrzegającego demokratycznych standardów prezydenta Mursiego.
Dzisiaj i to stało się faktem. Armia usunęła prezydenta Mursiego z urzędu. A niechętny Mursiemu tłum na placu Tahrir skanduje teraz „Armia i naród to jedno!”. Egipcjanie wspierają dzisiaj tę samą armię, która ledwie dwa lata temu jawiła się im jako siła wroga i nie zezwalająca na demokratyczne przemiany. Obawiam się, że na takie huśtawki nastroju Egipcjanie są teraz skazani. A powodem tego jest to, że taki historia dała im wybór: albo autorytarne rządy islamistów, które legitymuje siła wyborczej kartki, albo autorytarne rządy wojskowych, które legitymizuje siła czołgów.
