Platforma Obywatelska ma problem z najbardziej obywatelską formą demokracji jaką jest referendum. Szybkie i z dużą nadwyżką zebranie podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz z funkcji prezydenta Warszawy zaowocowało kilkoma kontruderzeniami partyjnych kolegów pani prezydent.
REKLAMA
Główne tezy Platformy, którymi próbuje ona zapobiec referendalnej porażce w Warszawie są tak kuriozalne, że zasługują na specjalny komentarz.
Teza pierwsza Platformy głosi, że organizowanie referendum na rok przed upływem kadencji jest absurdem samym w sobie i marnotrawieniem publicznych pieniędzy. Otóż gdyby zgodzić się z poglądem Platformy, należałoby uznać, że wyjątkowo niefrasobliwie zachował się tu ustawodawca dając obywatelom taką prawo do odwoływania gminnych władz nawet wtedy, gdy do ustawowych wyborów pozostał jedynie rok. Tyle tylko, że to wcale nie jest generalne stanowisko Platformy w tej materii. Takie stanowisko prezentuje PO jedynie w kontekście referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Gdy w 2010 roku, na 10 miesięcy przed końcem kadencji, organizowano w Łodzi referendum w sprawie odwołania prezydenta Jerzego Kropiwnickiego, opozycyjna wobec niego Platforma Obywatelska twierdziła, że udział w referendum jest jak najbardziej sensowny, a marnotrawstwem jest każdy dzień u władzy urzędującego prezydenta. Na dobrą sprawę najlepszym materiałem zachęcającym do pójścia na warszawskie referendum mogą być teraz filmiki z wypowiedziami łódzkich posłów PO z 2010 roku. Nic dodać, nic ująć.
Teza druga Platformy mówi, że nie należy nabrać się na referendum, bo ma ono charakter czysto polityczny (sic!). A jaki, na Boga, ma mieć? Czy władza prezydenta Warszawy, Łodzi czy Elbląga nie jest elementem polityki? Czy sama Hanna Gronkiewicz-Waltz nie jest politykiem? Oczywiście, że to wszystko jest polityką – tyle, że na poziomie samorządu, który – nota bene – będąc miejscem uprawiania lokalnej i obywatelskiej polityki mógłby być jednocześnie mniej partyjny. A że jest zbyt partyjny – to także „zasługa” PO, która na stanowisko prezydenta Warszawy rekomenduje własną partyjną wiceprzewodniczącą.
Trzeci argument mający zniechęcić warszawiaków do udziału w referendum, zakłada, że nic się nie zmieni – nawet, gdyby mieszkańcy Hannę Gronkiewicz-Waltz w referendum odwołali. Nie zmieni się dlatego, że – jak daje to dziś do zrozumienia premier Donald Tusk – po ewentualnym odwołaniu Hanny Gronkiewicz-Waltz mianuje on ją komisarzem Warszawy. Wydaje mi się, że w deklaracji tej pobrzmiewa tak niesłychana arogancja, iż wkurzeni warszawiacy tym ochotniej pobiegną do urn. Potwierdzeniem tego była dla mnie między innymi wypowiedź w radiowej „Trójce” gościnnie tam występującego dziennikarza, który przyznał, że – najłagodniej rzecz ujmując – entuzjastą referendum nie był, wniosku w tej sprawie świadomie nie podpisał, ale po takiej wypowiedzi premiera na referendum pójdzie na 100 procent.
W dyskusję wmieszał się też – niestety – prezydent Bronisław Komorowski. Po pierwsze deklaracją, która strażnikowi Konstytucji nie uchodzi, że na referendum się nie wybiera. A po drugie, propozycją ustawodawczą, by podnieść próg frekwencyjny ważności referendum odwoławczego z dzisiejszych 3/5 frekwencji z ostatnich wyborów samorządowych do frekwencji tej z wyborów równej. To zła propozycja. Antyobywatelska i motywowana kilkoma ostatnimi porażkami referendalnymi PO. Próg 3/5 jest i tak bardzo wysoki – w większości organizowanych referendów takiej frekwencji nie udało się osiągnąć. Zatem jeśli 3/5 liczby wyborców z ostatnich wyborów pójdzie do referendum, to świadczy to, iż poziom niezadowolenia z władzy jest bardzo duży.
Nas wszystkich, obywateli i mieszkańców naszych miast i gmin namawiam: korzystajmy ze swoich praw, w tym z prawa do organizowania i udziału w referendach – póki je jeszcze mamy. A do władz, w tym do prezydenta RP apeluję: nie mieszajmy w prawie. A zwłaszcza w taki sposób, że w efekcie władze z partyjnych rekomendacji będą coraz trudniej odwoływalne, a władza zwykłych obywateli coraz bardziej iluzoryczna.
