W 2006 roku jednym z pretekstów haniebnej czystki w warszawskiej PO było to, że działacze partyjni zajmują jednocześnie funkcje partyjne i samorządowe. To co jest rzeczą zupełnie normalną, ba, nawet regułą w rozwiniętych demokracjach było wtedy przez zwolenników Donalda Tuska i Hannę Gronkiewicz-Waltz nazywane patologią.
REKLAMA
Ale ci, co wcześniej krzyczeli „patologia”, natychmiast po wyrzuceniu niewygodnych sobie ludzi – którym zresztą nie przedstawiono nigdy żadnych poważnych zarzutów – zaczęli wszelkie możliwe stanowiska obsadzać „swoimi”. Po sięgnięciu po prezydenturę w Warszawie zjawisko to urosło do niespotykanych rozmiarów. Nigdy za czasów „pierwszej PO" nie było takich przejawów nepotyzmu i kolesiostwa. Nigdy tak niekompetentni ludzie nie obejmowali stanowisk tylko dlatego, że byli z klucza partyjnego. Media wiele razy to opisywały, ujawniały ustawiane konkursy na stanowiska w urzędzie miasta, ale Donald Tusk, mimo zapowiedzi, nigdy z tym nic nie zrobił.
Ale nie ma się tu czemu dziwić. Zgodnie z filozofią Kalego, gdy chciano czegoś użyć przeciw swoim rywalom, czyniono z tego kij. Ale gdy ta sam sprawa dotyczyła „swoich” widziano w tym ledwie wykałaczkę.
Nie inaczej jest teraz. Pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz obejmuje ważne stanowisko szefowej warszawskiej PO. Nie jest to jednak wynik uznania jej naturalnej charyzmy i przywództwa. Nie jest to wynik demokratycznego procesu, w którym starała się ona pokazać jako lepsza i mająca świeższe pomysły liderka. Przez lata Hanna Gronkiewicz-Waltz zajmowała symboliczną pozycję wiceszefowej PO ale realnie żadnej władzy nie miała. A w Warszawie różne platformowe frakcje rywalizowały o strefy wpływów i łupy poza jej plecami. Otwarcie mówiono, że kadrowymi tej formacji w Warszawie są inne osoby a Hanna Gronkiewicz-Waltz personalne decyzje jedynie firmuje.
Skąd więc teraz ten nagły pomysł? Wydaje się, że to konsekwencja paniki premiera Donalda Tuska, któremu w wewnętrznej rywalizacji ze Schetyną wymykała się kolejna strefa wpływów. Małgorzata Kidawa-Błońska, szefująca warszawskiej Platformie od 2006 roku, nagle dowiedziała się, że ma kontrkandydata w osobie „schetynowego” posła Kierwińskiego, i – co więcej – że ów kontrkandydat tak „poukładał” delegatów, iż zwycięstwo ma w kieszeni. Aby ratować sytuację postanowiono wystawić lojalną wobec Tuska Hannę Gronkiewicz-Waltz.
W normalnych warunkach Hanna Gronkiewicz-Waltz nie miałaby szans na zwycięstwo. Ale teraz, przed referendum, jest inaczej. No bo kto ośmieli się z nią zwyciężyć, udowadniając tym samym, że nawet w szeregach warszawskiej Platformy Obywatelskiej jest ona niechciana. Atak „schetynowców” zostanie więc odparty, ale czy to wróży lepsze przywództwo w warszawskiej PO?
Raczej zapanuje w niej marazm. Po referendum ten marazm w warszawskiej PO będzie porównywalny z tym w ratuszu, zanim o referendum zaczęło się jeszcze mówić. No ale takie są kryteria doboru kadr w partii pana premiera.
