To co się działo w Starych Kiejkutach w 2003 roku, dekadę później mebluje polską scenę polityczną. Janusz Palikot uznał tamtą współpracę z CIA za hańbę i wezwał ówczesnego premiera a obecnego lidera SLD Leszka Millera do rezygnacji z immunitetu i wycofania się z polityki. Gdybyśmy zbudowali u nas drugą Japonię, pewnie oczekiwałby, że Leszek Miller popełni seppuku.
REKLAMA
Leszek Miller nie pozostał dłużny. Stwierdził, że Palikot stoi po stronie terrorystów, a przy okazji przypomniał nie tak dawne niejasności dotyczące finansowania jego kampanii wyborczych. I – jako gość „Kropki nad i” w TVN 24 – postawił tu kropkę nad „i”, nie podając obecnemu w studiu Palikotowi ręki.
I w ten sposób relacje między SLD a Ruchem Palikota osiągnęły poziom wrogości jaki obserwujemy od paru lat między PO a PiS-em.
Platforma i PiS potrzebowały ponad czterech lat, by uświadomić sobie w 2005 roku, że im razem – jako PO-PiS – nie po drodze. I kolejnych pięciu by po katastrofie smoleńskiej przejść na pozycje śmiertelnych wrogów.
Wczorajszy lewicowy po(-)pis wzajemnych oskarżeń pokazuje, że to, co Platformie i PiS-owi zajęło dziewięć lat, Ruchowi Palikota i SLD udało się osiągnąć w kilka miesięcy.
Co by nie mówić – Donald Tusk to dziecko szczęścia. A może pomógł temu szczęściu?
