Sprawa na pozór drobna – zwłaszcza na tle rządowej rekonstrukcji, korupcji w dwóch ministerstwach i w GUS czy 100-tysięcznego i niezgłoszonego w oświadczeniu majątkowym przelewu na konto rzecznika PiS-u – ale dla ok. 600 osób, których dotyka, drobna na pewno nie jest. Ale warta zauważenia i skomentowania przede wszystkim dlatego, że ogniskuje w sobie wszystkie jakże częste absurdy polskiego prawa.
REKLAMA
Otóż ok. 600 kierowców z okolic Legnicy może stracić prawo jazdy nie dlatego, że – dajmy na to – „kupili” egzamin, nie dlatego też, że siadali za kółkiem pijani, ba, nawet nie dlatego, że załapali zbyt dużo punktów.
Nie – kierowcy ci zdali jak najbardziej prawidłowo trudny w końcu egzamin, nie jeździli pijani, a punktów mają tyle, co na lekarstwo. Prawo jazdy ma im być odebrane dlatego, że przed przystąpieniem do egzaminu ukończyli w pewnym sensie „nielegalny” kurs. A kurs był nielegalny dlatego, że szkolił ich instruktor, który uprawnienia instruktora wcześniej utracił.
A zgodnie z polskimi regulacjami w tym zakresie, jednym z warunków uzyskania prawa jazdy jest ukończenie kursu. I to kursu, który nie może być w pewnym sensie kursem „nielegalnym”.
Pierwsze, co się tu narzuca, to poczucie głębokiej niesprawiedliwości. Bo ukarani – odebraniem prawa jazdy – mają tu zostać całkowicie niewinni ludzie. Zapłacili za kurs, odbyli ten kurs i nie mieli przecież zielonego pojęcia, że ich instruktor nie ma uprawnień.
Ale poczuciu niesprawiedliwości towarzyszy tutaj może nawet silniejsze poczucie kompletnego absurdu. Oto bowiem chce się odebrać prawo jazdy osobom, co do których nikt nie ma wątpliwości, że potrafią kierować samochodem. Nikt nie kwestionuje, że wykazały się one wystarczającymi umiejętnościami, by dostać prawo jazdy. Jakie – na Boga – w tym kontekście ma znaczenie, czy przed zdaniem egzaminu ukończyli taki czy inny kurs. A już zwłaszcza to, kto ich uczył jeśli – o czym przekonuje zdany egzamin – nauczył.
W najbardziej zmotoryzowanym kraju świata – czyli w USA – w ogóle nie trzeba kończyć jakiegokolwiek kursu, by przystąpić do egzaminu. Przyszłych kierowców uczą jeżdżenia rodzice, starsze rodzeństwo, albo inne osoby posiadające prawo jazdy i samochód. No i oczywiście – tu też możemy tylko pomarzyć – sam egzamin jest prosty i sprawdza znajomość przepisów i rzeczywiste umiejętności jeżdżenia po ulicach. Żadnych wydumanych „placów manewrowych” i tym podobnych udziwnień.
Czyli, jak widać, sprawa ta jest kolejnym przyczynkiem do dyskusji nad przeregulowaniem naszego systemu prawnego czy – inaczej mówiąc – przeróżnych segmentów naszego życia zbiorowego. Tu – takiego oto segmentu, jak uzyskiwanie uprawnień do jazdy samochodem. Gdyby u nas było w tym segmencie tak prosto jak w USA to 600 kierowców spod Legnicy nie miałoby dzisiaj tych niezawinionych przez siebie kłopotów.
A przecież w USA – mimo braku wymogów ukończenia kursu, mimo tego, że ludzie uczą się tam jeździć „od siebie”, mimo tego, że nie ma tam WORD-ów, a prosty egzamin na prawo jazdy można zdawać we własnym samochodzie – a więc mimo tego wszystkiego kierowcy jeżdżą lepiej niż nasi, a wypadków jest mniej.
