Teza, że Lech Wałęsa ma na swoim koncie same klęski – bo „niedokończona prezydentura, stracony związek Solidarność, kulejąca demokracja” – budzi mój najgłębszy sprzeciw. Bo to po prostu nieprawda. Nawet jeśli słowa takie wypowiada sam Lech Wałęsa.

REKLAMA
Można by napisać grubą książkę o zasługach Lecha Wałęsy. Ja przytoczę tylko jedną anegdotę.
Za czasów pierwszej Solidarności miałem 12-13 lat. Historyjki, którą chcę się z Państwem podzielić nie wyciągam z zakamarków mojej pamięci. Opowiedział mi ją mój starszy znajomy.
Rzecz ma miejsce w wrześniu 1981 roku miedzy I a II turą zjazdu Solidarności. W tym czasie Sejm PRL finalizował prace nad dwiema ważnymi dla Solidarności ustawami – o przedsiębiorstwach państwowych i o samorządzie załóg w przedsiębiorstwach państwowych. Solidarność domagała się uwzględnienia swoich racji w tych ustawach, strona partyjno-rządowa twardo stała przy swoich propozycjach.
Na konferencji prasowej dziennikarz pyta Lecha Wałęsę, co zrobi związek, jeśli władze nie uwzględnią żądań Solidarności. Każda odpowiedź jest zła. Bo ogłosić, że Solidarność pójdzie na zwarcie z władzą, zorganizuje strajk generalny czy coś w tym stylu, to potwierdzić tezę władz, że związek coraz bardziej anarchizuje sytuację w kraju. A powiedzenie, że nic nie zrobi, to pokazanie słabości związku.
– Wie pan, jak to jest – odpowiada bez chwili zastanowienia Lech Wałęsa. – Najpierw buduje się dom. Potem robi się do niego drogę. A ludzie i tak chodzą na skróty. I z tymi ustawami będzie tak samo.
Nie wiem, czy historyjka jest prawdziwa. Ale pokazuje bardzo prawdziwego Lecha Wałęsę – właściwego człowieka we właściwym miejscu i we właściwym czasie.