Kilkunastu godzin potrzebowali w ostatni poniedziałek europejscy szefowie dyplomacji, aby dojść do wniosku, że nie uda im się porozumieć w sprawie embarga na eksport broni do Syrii, w związku z czym każdy kraj będzie mógł zrobić to, co uważa za stosowne. Jest jak u Sinatry, który domagał się w piosence „My way“, żeby nikt się nie wtrącał do jego życiowych wyborów.

REKLAMA
O możliwość „dozbrojenia“ syryjskiej opozycji walczyli od kilku miesięcy Francuzi i Brytyjczycy. Sprzeciwiała się temu szeroka koalicja od Czechów po Szwedów i Austriaków. Zaspała Pani Ashton, szefowa unijnej dyplomacji, która dopiero przed spotkaniem ministrów przedstawiła zestaw opcji do dyskusji. Zamiast wisieć na telefonie i negocjować kompromis, oglądała na Wembley mecz Borussia – Bayern. W rezultacie odpadła opcja, z którą wiązano duże nadzieje – aby przyjąć decyzję o warunkach dla zniesienia embarga.
Czy pomysł dozbrojenia syryjskiej opozycji będzie sukcesem okaże się w praniu. Wielu ekspertów zwraca uwagę, że czas aby to zrobić minął mniej więcej rok temu. Wtedy tego rodzaju wsparcie mogło rzeczywiście przechylić szalę na rzecz sił opozycji, która miała „czystsze“ intencje. Teraz syryjscy opozycjoniści zdążyli się zradykalizować i nikt nie ma gwarancji, że efekt ich dozbrojenia nie będzie gorszy od zamierzonego. Póki co Francja i Wielka Brytania zyskują moralnie, bo przełamują barierę niemocy, co nie oznacza w żadnej mierze, że spłoszony prezydent Assad natychmiast sięgnie po białą flagę.
Syria Syrią, ale dodatkowe pytanie brzmi co to wszystko oznacza dla unijnej dyplomacji. Z jednej strony, obecna różnica stanowisk jest niczym w porównaniu z konfliktem w sprawie wojny w Iraku dziesięć lat temu. Przywódcy Francji i Niemiec próbowali wtedy budować europejskość na antyamerykańskiej retoryce. Teraz, trawersując powiedzenie przewodniczącego Mao, kwitnie nam „sto kwiatów“. W styczniu Francja interweniowała w Mali i dopiero parę dni później wyjaśniła ministrom spraw zagranicznych UE na specjalnym powiedzeniu jakie cele sobie stawia.
Być może metodą jest, aby „umieć się różnić“ i pozwolić poszczególnym państwom na większą asertywność, jeżeli uważają to za słuszne. Ale powinno się to odbyć pod jednym warunkiem. Takim mianowicie, że Unia uzgodni wspólny mianownik w sprawach zasadniczych, zwłaszcza tych dotyczących bezpieczeństwa, którego wszyscy będą bronić jak niepodległości. Bez niego, unijna polityka zagraniczna będzie rozchodzić się w szwach.