Sytuacja rynkowa wymusza na większości z nas nieustanne doskonalenie swoich zawodowych umiejętności. Okazuje się, że w tym gąszczu dodatkowych kursów, szkoleń i nadgodzin zapominamy o najważniejszym – naszym rozwoju osobistym.
REKLAMA
Kilka lat temu uczyłem się pisać cv. Cel cv jest jasny – dostać pracę, a dokładniej: zostać zaproszonym na rozmowę kwalifikacyjną. Dostawałem różne rady, ale jedna zapadła mi w pamięć szczególnie:
"I wymyśl sobie jakieś dobre hobby – najlepiej 2, ale już nie 3. Tylko nie możesz napisać, że lubisz muzykę czy filmy, bo każdy słucha muzyki i ogląda filmy. Jak nie masz jakiegoś porządnego hobby, typu paralotnia czy kolekcjonowanie figurek z XIX. wieku, to idź w te filmy albo książki, ale np. napisz, że interesujesz się kinem skandynawskim lat 70-tych. Poczytaj trochę o tym, żebyś coś wiedział, a na 99% nie wpadniesz, bo przecież nikt nie zna się na kinie skandynawskim lat 70-tych".
Otóż proszę Państwa, w wolnym czasie lubię oglądać głupie seriale: od „Na wspólnej”, przez „Ukrytą prawdę”, aż po „Kto poślubi mojego syna”. Lubię też „Desperate housewives”, „Prawo Agaty” czy „Usta Usta”. Lubię też filmy, już bardziej ambitne, oraz muzykę – bardzo różną. Lubię chodzić do filharmonii i zwiedzać Polskę, śpiąc w dobrych hotelach i jedząc w dobrych restauracjach. Natomiast nie latam na paralotni, nie zbieram XVIII-wiecznych figurek płazów i gadów ani też nie interesuję się poezją francuską z okresu 20-lecia międzywojennego. I, co chyba najgorsze, nie wstydzę się za siebie, pomimo że w rozmowach z ludźmi przeważnie najlepsze, co mnie spotyka, to protekcjonalizm.
Otóż proszę Państwa, w wolnym czasie lubię oglądać głupie seriale: od „Na wspólnej”, przez „Ukrytą prawdę”, aż po „Kto poślubi mojego syna”. Lubię też „Desperate housewives”, „Prawo Agaty” czy „Usta Usta”. Lubię też filmy, już bardziej ambitne, oraz muzykę – bardzo różną. Lubię chodzić do filharmonii i zwiedzać Polskę, śpiąc w dobrych hotelach i jedząc w dobrych restauracjach. Natomiast nie latam na paralotni, nie zbieram XVIII-wiecznych figurek płazów i gadów ani też nie interesuję się poezją francuską z okresu 20-lecia międzywojennego. I, co chyba najgorsze, nie wstydzę się za siebie, pomimo że w rozmowach z ludźmi przeważnie najlepsze, co mnie spotyka, to protekcjonalizm.
Rozwojoholizm
O pracoholizmie ostatnio pisze się dużo. Padają różne definicje, powstają szczegółowe klasyfikacje... Ale wg mnie trend jest bardziej ogólny. Ludzie dali sobie wmówić, że żyją po to, aby się rozwijać. Że każdy dzień spędzony na bezproduktywnych głupotach jest dniem straconym. Ten rozwój może być różnie definiowany. Jeśli dla kogoś definicją rozwoju jest rozwój zawodowy, to mamy kandydata na pracoholika. Ale może być to również rozwój naukowy lub w dziedzinie jakiegoś hobby, którego nie uprawiamy już dla przyjemności, lecz po to, aby zdobywać kolejne levele. Niestety, rozwój osobisty, duchowy, rodzinny czy relacyjny przestał już być rozwojem. Innymi słowy, znacznie rozbudował się zbiór z tagiem: "Bezproduktywne głupoty".
Silna, niezależna kobieta (albo mężczyzna – wszystko jedno)
Silna, niezależna kobieta ostatnio w „internetach” staje się niemal symbolem. Ta kobieta ma bardzo duże potrzeby rozwoju. Ma jednak równie silne przekonanie, że zajmowanie się dziećmi, dbanie o dom czy o relacje rodzinne nie jest żadnym rozwojem. Co więcej, jest to dla niej wręcz cofanie się, nawet jeśli miałaby pełnić tę rolę razem z partnerem. Ta silna i niezależna kobieta spotyka w życiu równie silnego i niezależnego mężczyznę. I żyją sobie razem, też silnie i niezależnie. Niestety, czasami decydują się na dziecko.
Kup Pan... wszystko inne
Mówi się, że pieniądze psują. Warto dopytać, w jaki sposób. Otóż badania pokazują, że osoby osiągające nawet tylko trochę wyższy od przeciętnego status materialny stają się bardziej egoistyczne i skupione na sobie, częściej łamią zasady (np. dopuszczając się wykroczeń) czy zwracają mniej uwagi na potrzeby innych. Co ciekawe, samo pokazywanie pieniędzy nawet kilkuletnim dzieciom powoduje (w ramach eksperymentu), że mniej chętnie pracują one w grupie niż dzieci, którym tych pieniędzy nie pokazywano. W przypadku dorosłych natomiast, świetnie ilustruje to przykład przedszkola, w którym rodzice nagminnie spóźniali się z odbieraniem swoich dzieci. Kiedy wprowadzono karne opłaty za spóźnienie, to rodzice... zaczęli spóźniać się jeszcze częściej. Dlaczego? Bo w ich rozumieniu oni w ogóle się nie spóźniali – po prostu dokupowali dodatkowe godziny.
W taki oto sposób pieniądz zaczyna zastępować normy etyczne i społeczne. Niestety, także w relacjach domowych, szczególnie wtedy, gdy w opinii obojga rodziców rozwój i najważniejsze sfery życia toczą się poza domem. Takie dziecko bardzo szybko traktowane jest trochę jak pracownik – stawiane są przed nim jasne oczekiwania, które powinien spełnić w zamian za dobra (niemal wyłącznie materialne), które otrzymuje od rodziców.
A w szkole wcale nie jest lepiej. Praktycznie na każdym etapie edukacji chodzi o to samo: trzeba nauczyć się rozwiązywać zadania lepiej niż inni uczniowie po to, żeby dostać się do lepszej szkoły następnego szczebla. Rozwój zainteresowań, a już tym bardziej rozwój osobisty czy duchowy, nie jest przedmiotem zainteresowania ani dziecka, ani nauczyciela.
Nie dość, że źle, to jeszcze bez sensu
Historia zna przypadki planów, które były złe z moralnego punktu widzenia, ale przynajmniej były logiczne. System, który działa obecnie, wydaje się jednak być zupełnie nieracjonalny zarówno z punktu widzenia ogółu, jak i z punktu widzenia jednostki.
Rzadko które jednostki zdają sobie sprawę z tego, że na koniec dnia nie mają niczego. I nie mam tutaj na myśli, że nie mają żadnych wartości duchowych, osobistych, rodzinnych – oni nie mają niczego materialnego. Przeciętny Polak klasy średniej, jeśli ma jakikolwiek majątek netto, powinien być szczęśliwy. W przypadku sporej części bowiem aktywa nie przewyższają wartości zobowiązania z tytułu kredytu hipotecznego. Jeśli już jednak przewyższają, to aktywami tymi są najczęściej cyferki, które wyświetlają się na stronie internetowej po wpisaniu loginu i hasła. Obym się mylił, ale mam coraz większe obawy, że z tymi cyferkami mogą się stać niedługo bardzo dziwne rzeczy. A gdyby tak się stało, to nagle okaże się, że cała para poszła w gwizdek...
Ale spójrzmy na to także z perspektywy systemu. System wychowuje sobie kolejne pokolenia bezrefleksyjnych maszyn, które uważają, że praca (najczęściej dla kogoś) jest najważniejszą rzeczą w życiu. I może nawet miałoby to sens, gdyby nie fakt, że za chwilę pracy dla tych ludzi nie będzie. W obliczu rozwoju technologicznego już teraz trzeba zatrudniać rzesze urzędników, żeby ludzie mogli robić cokolwiek. A nie jest wykluczone, że w perspektywie kilkudziesięciu lat pracować będą jedynie wybrane grupy społeczne, podczas gdy pozostali będą po prostu "utrzymankami". A jak się wychowało społeczeństwo w kulcie pracy, to myślę, że trudno będzie mu potem powiedzieć, że niestety, ale tej pracy nie ma. Chyba, że system ma jakiś inny plan...
