Ponad wszelką wątpliwość, pojęcie work-life balance jest ostatnio bardzo na topie. Zwłaszcza w employer brandingu. I o ile na poziomie analityka na 4 roku studiów, który liczy na to, że po rozpoczęciu pracy będzie miał wciąż czas na imprezy 4 razy w tygodniu może być dobrą przynętą, o tyle na pewnym poziomie rozwoju zawodowego staje się mitem. Nie dlatego, że trzeba pracować 25 godzin na dobę. Dlatego, że życia prywatnego od zawodowego nie da się rozdzielić.
REKLAMA
Jakiś czas temu byłem na konferencji THINKTANK w warszawskiej Soho Factory. Jednym z tematów spotkania było właśnie work-life balance. Najwięcej trudności nastręczało jednak samo zdefiniowanie tego pojęcia.
Pani Zofia Dzik z Humanities zauważyła na przykład, że warunkiem koniecznym do odniesienia sukcesu zawodowego jest poukładanie sobie życia prywatnego. Ktoś z sali uznał, że work-life balance zupełnie inaczej definiuje się w świecie korporacyjnym i własnego biznesu – w przypadku pracy w korporacji zachodzi wyraźna potrzeba odcięcia się od pracy, pewnego zresetowania co pewien czas, np. wyjeżdżając poza miasto bez dostępu do niczego, podczas gdy osoby prowadzące własną działalność wykonują swoją pracę z pasji, przez co nie muszą się od niej odcinać. Inny, starszy doświadczeniem głos zripostował, że w przypadku własnego biznesu równie łatwo wpaść w pułapkę pracy 24/7 i równie trudno nauczyć się, że nawet po weekendzie bez maila i telefonu w poniedziałek firma jest w dokładnie takim samym porządku, w jakim zostawiło się ją w piątek. Dla mnie, z tego wszystkiego płynie jeden podstawowy wniosek: życia nie da podzielić się na zawodowe i osobiste. Jest to po prostu niemożliwe i nie warto nawet próbować.
Jakiś czas temu porzuciłem próby szacowania, ile godzin dziennie poświęcam na pracę, ograniczając się jedynie do liczenia billable hours. Bo jak na corocznym spotkaniu Mensy przy kieliszku piwa rozmawiam z ludźmi o tym, co robią zawodowo szukając potencjalnych pól ewentualnej współpracy to ten czas powinienem uznać za: czas prywatny, bo dobrze się bawię; czas służbowy, bo szukam nowych biznesów; czy może czas para-zawodowy, bo na spotkaniu jestem oficjalnie z ramienia Zarządu? W moim odczuciu, na koniec dnia jesteśmy po prostu ludźmi realizującymi projekty dzięki swoim unikalnym umiejętnościom (każde słowo jest tutaj ważne) a nie pracownikami, pracodawcami, klientami, konsultantami. Żyjemy i w swoim życiu robimy pewne rzeczy, a jak robimy je dobrze to niesiemy wartość, a jak niesiemy wartość, to ktoś nam za tę wartość płaci. Tylko tyle. Oczywiście mówię tu o pewnych grupach zawodowych – pani ekspedientka słabo wpisuje się w te tezy i pewnie nigdy (a przynajmniej nie w możliwej dla mnie do wyobrażenia sobie przyszłości) nie będzie się w ten model wpisywać.
Człowiek, który w pracy myśli tylko o tym, żeby pójść do domu będzie moim zdaniem tam samo kiepskim pracownikiem jak ten, który w domu myśli tylko o pracy. Jednocześnie jednak, dobry pracownik wychodzi wieczorem z pracy do domu z radością a rano z taką samą radością wychodzi z domu do pracy. Dobry pracownik bowiem musi być szczerze zaangażowany w to, co robi. Ale nie tylko w to, co robi w pracy lecz we wszystko to, co robi w życiu, a więc także zaangażowany w swoje życie osobiste: rodzinę, hobby lub cokolwiek innego, co robi poza pracą. Wszystkim Czytelnikom życzę:
1. Odwagi do poszukiwania w życiu tego, co sprawia im radość.
2. Konsekwencji w robieniu tego, na przekór wszelkim okolicznościom.
3. Umiejętności czerpania z tego radości.
2. Konsekwencji w robieniu tego, na przekór wszelkim okolicznościom.
3. Umiejętności czerpania z tego radości.
Possibilities are endless.
