Mój post na temat umów śmieciowych spotkał się ze sporym zainteresowaniem ze strony Czytelników Portalu. Zdecydowanie przeważały komentarze negatywne – nic dziwnego, więcej mamy pracowników niż pracodawców. W tym artykule pozwalam sobie odnieść się do najważniejszych merytorycznych kontrargumentów.
REKLAMA
Na pierwszy ogień: Pani Hanna Gill-Piątek z Krytyki Politycznej
Pani Hanna rozwija mój post słowami „nigdy nie wiadomo, czy za trzy lata nie zechcecie być prezesami, premierami, milionerami, co wszak leży w zakresie waszych nieograniczonych możliwości. Ba, może nawet zechcecie być kimś takim jak Paweł Szwarcbach”. Pani Hanna jednak „usprawiedliwia” nieco mój post faktem, że w jej opinii jestem wychowankiem czasów, w których „funkcję wychowawczą szkoły zastąpiła punktowa tresura, na skutek której zdolni są coraz bardziej izolowani od reszty.”. Ponadto, jestem w jej opinii człowiekiem, który „z prawdziwym życiem nigdy się nie zetknął”, przedstawicielem elit (a przynajmniej pretendującym) zupełnie nierozumiejącym niższych klas społecznych i odwrotnie.
Pani Hanna rozwija mój post słowami „nigdy nie wiadomo, czy za trzy lata nie zechcecie być prezesami, premierami, milionerami, co wszak leży w zakresie waszych nieograniczonych możliwości. Ba, może nawet zechcecie być kimś takim jak Paweł Szwarcbach”. Pani Hanna jednak „usprawiedliwia” nieco mój post faktem, że w jej opinii jestem wychowankiem czasów, w których „funkcję wychowawczą szkoły zastąpiła punktowa tresura, na skutek której zdolni są coraz bardziej izolowani od reszty.”. Ponadto, jestem w jej opinii człowiekiem, który „z prawdziwym życiem nigdy się nie zetknął”, przedstawicielem elit (a przynajmniej pretendującym) zupełnie nierozumiejącym niższych klas społecznych i odwrotnie.
Wszystkie powyższe spostrzeżenia Pani Hanny łączą się w mojej opinii w spójną całość. I w większości są nieprawdziwe.
Pochodzę z 60-tysięcznego miasta, uczęszczałem do publicznych szkół, wychowałem się w blokach. Jako kapitał początkowy miałem wspierających rodziców i ponadprzeciętną inteligencję. Poza tym, przeciętność. Ten kapitał mi wystarczył. Nie czuję się przedstawicielem klasy wyższej, elitarnej a na pewno nie czuję takiego pochodzenia. Z drugiej strony, nie czuję się i jestem wdzięczny za to, że nie jestem przedstawicielem patologii (nie bójmy się tego słowa nawet w czasach, gdy pojęcie tolerancji zrównało się semantycznie z pojęciem aprobaty). Więc popieram Panią Hannę w całej rozciągłości. Nie wiem co prawda, czego potrzeba, aby zostać prezesem, premierem czy milionerem.
Wiem natomiast, ile potrzeba, żeby zostać Pawłem Szwarcbachem. Niewiele. Wystarczy ciężka praca i wyrzucenie ze słownika pojęcia „nie da się”. „Nie da się wziąć kredytu.” „Nie da się założyć rodziny.” „Nie da się znaleźć pracy innej niż na podstawie umowy śmieciowej.” Nie wiem, czy zdolni są w Polsce izolowani od reszty ale w moim odczuciu być powinni. Bo ludzie nie są równi, tacy sami – nigdy nie byli i nigdy nie będą. Powinni być równi wobec prawa, w szczególności praw podstawowych.
Jak mawiał mój znajomy: Égalité z Liberté-Égalité-Fraternité zostało wypaczone. Bo jak rozbija się samolot pod Smoleńskiem to jest to większa strata dla społeczeństwa niż jak rozbija się samolot pasażerski. Bo bez względu na to, czy poglądy polityczne pasażerów tego pierwszego są podobne do moich czy zupełnie sprzeczne, oni z całą pewnością wnieśli do społeczeństwa większą wartość, niż my tutaj wszyscy razem wzięci. Należy im się większy hołd i cześć chociażby za to, że mieli siłę, dowagę i determinację coś zmienić, pociągnąć za sobą masy. To tyle tytułem komentarza nie wprost odnośnie klas społecznych (może kiedyś napiszę o tym więcej).
Organizacja Młodzieżowa Polskiej Partii Pracy
Młodzieżówka Polskiej Partii Pracy wysłała mi nawet na maila powyższego linka. Nietrudno się domyśleć, że z PPP jest mi najzwyczajniej w świecie nie po drodze w zakresie poglądów na umowy śmieciowe, gospodarkę, czy ogólnie życie. Podstawowa różnica: wg mnie należy po prostu ciężko pracować, wg PPP, w moim odczuciu, walczyć związkami zawodowymi o prawa pracowników.
Młodzieżówka Polskiej Partii Pracy wysłała mi nawet na maila powyższego linka. Nietrudno się domyśleć, że z PPP jest mi najzwyczajniej w świecie nie po drodze w zakresie poglądów na umowy śmieciowe, gospodarkę, czy ogólnie życie. Podstawowa różnica: wg mnie należy po prostu ciężko pracować, wg PPP, w moim odczuciu, walczyć związkami zawodowymi o prawa pracowników.
Wg mnie od takiej walki dobrobytu nie przybywa, a od pracy owszem. Trzymając się przyjętej w artykule konwencji:
Po pierwsze. „Mamy trzecie najniższe koszty pracy w całej Unii Europejskiej (28 krajów!)” Nominalnie, w odniesieniu do wynagrodzenia jesteśmy gdzieś po środku. Przy czym obawiam się, że niebieski słupek jeszcze coś w sobie ukrywa… „Poza tym, może członek organizacji skupiającej ponoć najmądrzejsze głowy świata, spróbuje wyjaśnić, dlaczego w krajach Europy Zachodniej przedsiębiorstwom jakoś opłaca się zatrudniać za o wiele wyższe stawki i na umowy o pracę? Dlaczego ich gospodarki się nie zapadają, tylko poziom bogactwa i dobrobyt jest wyższy, niż w modelowej neoliberalnej gospodarce Polski?”
1. Nie wiem ani dlaczego się opłaca, ani w ogóle, czy się opłaca.
2. Wg mnie ich gospodarki właśnie zapadają się na naszych oczach.
3. Polska gospodarka nie jest w moim odczuciu modelowo neoliberalna.
2. Wg mnie ich gospodarki właśnie zapadają się na naszych oczach.
3. Polska gospodarka nie jest w moim odczuciu modelowo neoliberalna.
Po drugie. „Paweł Szwarcbach radzi nam byśmy my, jako młodzi ludzie pogodzili się z tym, że jesteśmy niewolnikami we własnym kraju. I jeszcze mamy się z tego cieszyć!! Nie powinniśmy się buntować, bo wtedy będziemy nieelastyczni...” Tu, przyznaję, nieprecyzyjnie się wyraziłem. „Ciesz się” nie oznaczało „ciesz się i nic nie rób”. Miałem raczej na myśli „ciesz się, nie narzekaj, ale jak masz ochotę to rób coś, żeby żyło Ci się lepiej”. Ale pracą, nie strajkowaniem…
Po trzecie. „Kolejny argument bez żadnego pokrycia. Jak człowiek reprezentujący tak poważaną organizację międzynarodową jak Mensa może nie wiedzieć, że etat pracownikowi rąk nie wiąże? Każdy może zrezygnować z pracy i podjąć pracę gdzie indziej” To argument przewijający się także w komentarzach. W odpowiedzi pytam: to o co chodzi, jeśli nie o to, żeby związać się z pracodawcą? O ten ZUS, z którego emerytury nie zobaczymy pewnie na oczy?
Po czwarte. „Niestety dla zatrudnionych w Polsce, chude lata trwają niemal od lat 25, a nie siedmiu. W przeciwieństwie dla przedsiębiorstw, w szczególności tych dużych”. Ale skupmy się na tych małych. Ci mali przedsiębiorcy to nie są abstrakcyjne byty oderwane z rzeczywistości tylko nasi sąsiedzi, koledzy z ławki. Dla części z nich lata chude trwały 1 rok, dla innych będą trwały całe życie. Dlaczego? Bo zdecydowali się podjąć ryzyko.
Części się udało, części się nie udało. Ale to ryzyko może podjąć każdy. To od każdego z nas zależy, ile nasze lata chude potrwają. To do każdego z nas zależy, czy zdecyduje się wziąć los w swoje ręce. „A z tych podatków sfinansujemy nowoczesną kolej, bezpłatną komunikację miejską, edukację najwyżej klasy i dostęp do służby zdrowia dla każdego mieszkańca Polski.”. Osobiście nie chcę, aby z podatków finansowano nowoczesną kolej, bezpłatną komunikację miejską, nawet edukację najwyżej klasy (o tym kiedyś szerzej). Może dostęp do służby zdrowia, chociaż z drugiej strony na własnej skórze odczuwamy, że darmowy dostęp doprowadził de facto do „usług medycznych na kartki”…
Pan Daniel Kaszubowski z Salonu24
Pan Daniel pisze, że pracownik dla przeciętnego przedsiębiorcy „Jest tylko trybem. Kosztem w zestawieniu, który trzeba minimalizować. Uważa też, że zapominam, „że najefektywniejszym pracownikiem jest szanowany i dobrze opłacany pracownik. Pracownik, który ma pewność co do swojej pracy. Wie, że z dnia na dzień nie zostanie zwolniony. Wie, że pracodawca szanuje jego pracę, zna jego umiejętności i pozwala mu je rozwijać.”
Pan Daniel pisze, że pracownik dla przeciętnego przedsiębiorcy „Jest tylko trybem. Kosztem w zestawieniu, który trzeba minimalizować. Uważa też, że zapominam, „że najefektywniejszym pracownikiem jest szanowany i dobrze opłacany pracownik. Pracownik, który ma pewność co do swojej pracy. Wie, że z dnia na dzień nie zostanie zwolniony. Wie, że pracodawca szanuje jego pracę, zna jego umiejętności i pozwala mu je rozwijać.”
To po kolei, nie wiem jak to jest u przeciętnego przedsiębiorcy ale dla mnie w sensie ekonomicznym pracownik jest aktywem (poza byciem człowiekiem w sensie globalnym). Celem prowadzenia działalności gospodarczej nie jest zatrudnianie pracowników – uwaga: to nie jest nawet cel działania korporacji! Celem prowadzenia działalności gospodarczej jest, przynajmniej w skali MSP i w pewnym uproszczeniu, generowanie jak największego dochodu dla przedsiębiorcy. I przedsiębiorca ten zatrudnia pracowników tylko dlatego, że oczekuje, że dzięki temu osiągnie większy dochód.
Jak by mu wyszło z analizy, że większy dochód wygeneruje kupując krzesło, niż zatrudniając pracownika, to by pewnie kupił krzesło. I taki przedsiębiorca chciałby (znów w pewnym uproszczeniu), żeby ten pracownik pracował 25 godzin na dobę za Snickersa. A ten pracownik z kolei chciałby najchętniej pracować 1 godzinę na dobę za Mercedesa. Ale oboje są rozsądni, racjonalni. Ten pracownik wie, że jak się będzie obijał w pracy, to go w końcu zwolnią. To woli się nie obijać. Wie też, że znaleźć na rynku pracę za Mercedesa miesięcznie będzie mu strasznie trudno, więc podejmuje pracę za mniejsze wynagrodzenie.
Z drugiej strony ten pracodawca wie, że jak będzie wyzyskiwał tego pracownika, to on się w końcu zwolni. A taki stan rzeczy wygeneruje dla niego dodatkowe koszty i problemy. To woli go szanować, bo mu się to bardziej opłaca. Ten pracodawca wie również, że inni pracodawcy oferują wyższe wynagrodzenie niż 1 Snickers miesięcznie, więc i sam zaczyna oferować wyższe wynagrodzenie, żeby pozyskać pracowników. I choć każda strona myśli o sobie, w efekcie obie spotykają się gdzieś w okolicy rozsądnego kompromisu. Czy najefektywniejszym pracownikiem jest pracownik, który ma pewność co do swojej pracy? Niekoniecznie.
Ja na przykład byłem najefektywniejszy w obliczu największej niepewności. Także na pewno nie każdy pracownik, człowiek jest wtedy najefektywniejszy. Istnieje nawet teoria, że ludzie, jak im się wszystko w życiu układa, podświadomie coś sobie sami w tym życiu psują, bo „na gruzach” się łatwiej buduje. Takie „creative destruction” w skali mikro. Na koniec: nie znam pracodawcy, który nie pozwala się rozwijać swoim pracownikom. Myślę, że mamy po prostu inną definicję pojęć: „pozwalać się rozwijać” – pozwalać się rozwijać to wg mnie niekoniecznie znaczy płacić za rozwój, ani nawet – dawać wolne, żeby pracownik mógł się spokojnie rozwijać.
Komentarze pod postem, ogólnie
Najważniejsza sprawa (już wspomniana wcześniej). Nie chodziło mi o „ciesz się i siedź cicho”, chodziło mi o: ciesz się i nie narzekaj, spróbuj znaleźć dobre strony rozwiązania, ale jeśli tak strasznie Ci ono nie odpowiada, to coś zmień – ale od narzekania nic się nie zmieni.
Najważniejsza sprawa (już wspomniana wcześniej). Nie chodziło mi o „ciesz się i siedź cicho”, chodziło mi o: ciesz się i nie narzekaj, spróbuj znaleźć dobre strony rozwiązania, ale jeśli tak strasznie Ci ono nie odpowiada, to coś zmień – ale od narzekania nic się nie zmieni.
Wiele osób, delikatnie rzecz ujmując zachęcało mnie, żeby spojrzeć na sprawę z perspektywy pracownika. Ja zachęcam, żeby spojrzeć na sprawę z perspektywy pracodawcy. Na przykład na kwestię urlopów macierzyńskich. Doszliśmy w tym zakresie moim zdaniem do absurdu. Pracodawca nie może zapytać kobiety, czy planuje dziecko, bo pójdzie z torbami. Kobieta nie powie o swoich planach w tym zakresie pracodawcy, bo boi się, że ją zwolni. Więc sprawa kończy się tak, że pewnego dnia, zamiast kobiety, w biurze pojawia się list ze zwolnieniem lekarskim. A potem kolejnym i kolejnym, i kolejnym, aż w końcu macierzyński.
I nawet jeśli nie generuje to znacznych bezpośrednich kosztów finansowych po stronie pracodawcy, to generuje ogromne problemy. Organizacyjne, a przez to także finansowe. Może gdyby obie strony zagrały fair, to by się dogadały? Z drugiej strony, kobieta to większy dylemat dla pracodawcy. Bo obok ryzyka macierzyńskiego – tak, dla pracodawcy to ryzyko – kobieta pracownik to także plusy. Ciężej pracuje, ma mniejsze oczekiwania finansowanie, rzadziej bierze kacowe (urlop na żądanie) czy w ogóle przychodzi do pracy na kacu. To nie jest czarno-białe.
Zwolnienia i urlopy, które się należą. Ja nie mam zwolnień i urlopów od dawna. Zmieniłem diametralnie w tym zakresie swoje podejście. Moje nowe podejście większość uzna pewnie za absurdalne, ale mi, odkąd je zmieniłem, żyje się lepiej. Dlaczego ktoś miałby mi płacić za to, że nie pracuję? Jakim prawem (moralnym, a nie formalnym) mogę w ogóle tego oczekiwać? Jak nie pracuję i chcę sobie odpoczywać, to niech nikt mi nie broni, ale też niech mi za to nie płaci. Jak ktoś zechce mi płacić za mój odpoczynek to jest to jedynie powód do wdzięczności, ale nie należy tego oczekiwać. Podobnie ze zwolnieniem. Moja choroba – mój problem. Mogłem lepiej dbać o swoje zdrowie, więcej ćwiczyć, mniej palić, mogłem się ubezpieczyć, mogłem znaleźć sobie żonę, która zatroszczy się o mnie w czasie choroby, także finansowo, z wzajemnością. Ale co do tego ma biedny pracodawca?
Ja naprawdę daleki jestem od uszczęśliwiania. W szczególności na siłę. Jak ktoś chce czekać, narzekać i oczekiwać, nie ma problemu. Czas pokaże. I nie przyjmowałbym tutaj za weryfikatora pieniędzy czy formy zatrudnienia, tylko poczucie szczęścia. A każdemu do szczęścia potrzeba czegoś innego. Na szczęście. Ja mam takie poczucie, że nawet jak sobie nie poradzę (nie: jak się nie uda, bo to nie „się udaje” tylko człowiek sobie radzi lub nie), to będę szczęśliwy. Za to, że spróbowałem, że podjąłem ryzyko zamiast czekać i narzekać. To fajne uczucie jest. Polecam.
A przedsiębiorcom polecam mój dzisiejszy artykuł na tym portalu o kategoriach MSP przy aplikowaniu o dofinansowanie unijne.
