Jestem osobą głęboko wierzącą – głęboko wierzę w to, że boga nie ma. Nie da się bowiem nie wierzyć, być osobą niewierzącą. Gdybym jednak miał „wybrać sobie” jakieś wyznanie, z pewnością nie wybrałbym katolicyzmu. Nie podoba mi się w nim wiele założeń. Jednym z nich jest potępienie zazdrości.

REKLAMA
Kościół katolicki potępia zazdrość dość jasno. Zazdrość jest czwartym grzechem głównym. O zazdrości mówią też dwa ostatnie przykazania Dekalogu. Ja nie potępiam zazdrości zupełnie. Przede wszystkim, wg mnie zazdrość dzieli się na konstruktywną lub nie.
Zazdrość niekonstruktywna nie jest w mojej opinii pożytecznym uczuciem. Niekonstruktywna zazdrość to na przykład zazdrość urody, wieku, wzrostu, długich nóg, ilorazu inteligencji, umiejętności szybkiego biegania, czy ładnego malowania. To zazdrość cech, na których posiadanie nie mamy wpływu lub w najlepszym razie mamy znikomy. Taka zazdrość kończy się po prostu na zazdrości – zazdrościmy i nic z tym nie robimy, bo tak naprawdę zbyt wiele zrobić nie możemy.
Ale jest też rodzaj zazdrości w mojej ocenie konstruktywnej. To zazdrość przede wszystkim dóbr materialnych. Ta zazdrość jest bardzo niepopularna w polskiej kulturze, podobnie zresztą jak niepopularne jest cieszenie się posiadaniem dóbr materialnych lub podziwianie dóbr materialnych innych osób. Jak byłem małym dzieckiem to byłem na wycieczce w Niemczech. I rodzina, która miała pensjonat, w którym spaliśmy miała też samochód, który bardzo mi się podobał. I potem wróciłem do Polski i szedłem z wycieczką klasowa gdzieś tam, nie pamiętam i opowiadałem swojemu koledze z ławki, jak bardzo ten samochód był fajny i jak bardzo mi się podobał. Nasza wspólna koleżanka z klasy słyszała tę rozmowę i powiedziała „A zazdrość to ci wychodzi uszami”. Jak widać, strasznie zapadły mi w pamięć te słowa. Wtedy się ich wstydziłem, dzisiaj nie.
Jak niedawno widziałem się z moim znajomym i pokazywałem mu mój samochód, to on powiedział: podziwiam i zazdroszczę. Czemu tak powiedział? Pewnie dlatego, ze faktycznie podziwiał i zazdrościł. A jak byłem na wakacjach w Łebie i akurat pisałem jakiś wniosek o dofinansowanie to zadzwonił do mnie mój znajomy, który akurat był w porcie i powiedział, że koniecznie muszę się oderwać od komputera i do tego portu przyjechać bo zawinął do niego piękny jacht. I wieczorem pojechaliśmy tam we trzech i podziwialiśmy ten jacht. Chodziliśmy sobie koło niego, podziwialiśmy i zazdrościliśmy, przynajmniej ja zazdrościłem. Chciałbym kiedyś kupić sobie taki jacht. Na jachcie byli ludzie i trzeci kolega powiedział, że to tak trochę głupio patrzeć na ten jacht jak tam są ludzie. Mi nie było głupio, a kolega nr 2 odpowiedział: „Ale przecież nie robimy nic złego:, podziwiamy po prostu piękną rzecz”.
Za każdym razem jak komuś czegoś zazdroszczę, jachtu, samochodu, wolności, żony, rodziny (nie konkretnych osób tylko ogólnie), to myślę sobie ile trzeba poświęcić, ile wydaje mi się, że ja bym musiał poświęcić, żeby osiągnąć to, czego zazdroszczę. I jak mi wyjdzie z kalkulacji, że warto, to zaczynam działać w kierunku osiągnięcia obiektu zazdrości; a jak mi wyjdzie, że nie warto, to nie działam. Bez względu na wybór jednak, zazdrość trwa bardzo krótko, bo albo się okazuje, że dla mnie subiektywnie nie warto, więc nie ma czego zazdrościć; albo zazdrość przekuwana jest w projekt.
Jeśli zobaczenie tego samochodu w Niemczech w wieku kilkunastu lat spowodowało lub przynajmniej znacząco się przyczyniło do tego, abym zmobilizował się do pójścia do dobrych szkół, ciężkiej pracy, przy okazji dania pracy innym, aby w końcu kupić sobie podobne auto, to trudno mi tak rozumianą zazdrość potępiać.