
REKLAMA
Nie chciałem wcześniej poruszać tego przykrego tematu, aby w trakcie święta narodowego oszczędzić nam wszystkim negatywnych emocji. Ale dziś jest najwyższy czas by to zrobić. Stanowczo protestuję i potępiam zachowanie propagandystów PiS-u, którzy postanowili za pomocą pomówień i insynuacji zaatakować profesora Władysława Bartoszewskiego. Historie, które opisali w Gazecie Polskiej w samym środku kampanii są nie tylko szkalujące, ale przede wszystkim nieprawdziwe. Dziś ważne aby pomówieniami redaktorów Gazety Polskiej wobec jednego z największych żyjących Polaków nikt nie dał im się zmanipulować.
Na czym polega draństwo redaktorów PiS-owskiej gazety? Znani z „odważnych” tez, dziennikarze „niepokorni” postanowili spreparować kontynuację rewelacji Pawła Piskorskiego. Ów polityk znany z tego, że kilkadziesiąt razy pod rząd wygrał w ruletkę ( tak tłumaczył pochodzenie części swojego majątku) jeszcze dwie kadencje temu był europosłem PO i mimo kilkunastu lat współpracy z Donaldem Tuskiem, najwyraźniej wyparł lata 90. z pamięci. Przypomniał sobie dopiero w trakcie kampanii wyborczej znów przekierowując ją z zagadnień europejskich na małe polityczne wojenki.
Nie zamierzałem uczestniczyć w jałowej dyskusji o tym co przypomina sobie Paweł Piskorski, kandydujący z ramienia partii Palikota, bo jeśli ktoś doznaje olśnienia po dwudziestu latach to naraża się na śmieszność i jasno pokazuje swoje intencje. Wolę dyskutować o Europie, Ukrainie, o tym jak wydać fundusze i budować współpracę Polski z najważniejszymi partnerami w Unii.
Wypowiadam się jednak, bo przez przypadek trafiłem na kontynuację idiotycznych pomówień, o rzekome uzależnienie od Niemiec jakie zaprezentowała w piątek Gazeta Polska. We właściwym sobie super sensacyjnym stylu, poinformowała na pierwszej stronie o „kolejnym sygnale wpływu niemieckich pieniędzy na polską politykę”.
Zdjęcie profesora z premierem na pierwszej stronie ma jasno sugerować, że oto do premiera Tuska, którego próbuje się przedstawiać, jako pracującego na rzecz Niemców, dołączył chyba największy żyjący autorytet Polaków. Profesor miał rzekomo dostać 130 tys. marek z niemieckiej fundacji „blisko współpracującej z rządem RFN”. Problem polega na tym, że gazeta napisała, że dostał te pieniądze jako szef ministerstwa spraw zagranicznych. Taką zgrabną insynuację uzupełniono wyjaśnieniem przez fundację powodu udzielenia grantu i zacytowano, że Władysław Bartoszewski otrzymał go m.in. „za budowanie dialogu polsko-niemieckiego”. Akurat pod takim uzasadnieniem każdej nagrody dla profesora chętnie bym się podpisał, ale używanie tego jako podstawy do insynuacji powoduje, że faktycznie profesorowi postawiono zarzut najcięższy z najcięższych. Zarzut działania na rzecz Niemiec za pieniądze. Oczywiście redakcja nie opublikowała żadnego stanowiska oskarżonego, ale też nie dziwię się, że profesor nie chciałby zabierać głosu w tak absurdalnych zarzutach. Tym bardziej, że wedle mojej wiedzy, a podkreślam to raz jeszcze są one oparte na kłamstwie.
Po pierwsze grant o jakim piszą redaktorzy nie był przeznaczony dla profesora i nie otrzymał on z niego nawet marki. Pieniądze od Fundacji wedle mojej wiedzy trafiły w całości do Fundacji Schumana i dotyczyły grantu na badania na temat polsko-niemieckiego pojednania. Do tego przekazanie ich nie miało miejsca w roku 2000, jak napisali dziennikarze, ale w roku 1996. Obalałoby to kolejną insynuację polegającą na tym, że pieniądze dla profesora były przekazywane w czasie pełnienia przez niego funkcji szefa polskiej dyplomacji. Profesor był ministrem dwukrotnie. Po raz pierwszy w latach dziewięćdziesiątych a potem przez krótki czas w roku 2000.
Nie widzę sensu, aby dyskutować z artykułami, w których jest aż tyle nieścisłości i kłamstw, ale wobec tak ohydnego ataku muszę uczynić wyjątek. Tym bardziej, że łatwo się domyśleć, że publikacja o profesorze, który od dłuższego czasu unika rozgłosu i nie wypowiada się w kwestiach bieżącej polityki ma jednoznacznie wyborczy charakter. Jedyny jej cel to zaszkodzić Platformę, a jak widać z publikacji, cel jest tak ważny, ze redaktorzy postanowili ubrudzić konkurencje za wszelką cenę.
Dlaczego zabieram głos? Niewielu jest ludzi o których, jak o profesorze Bartoszewskim można powiedzieć, że swoim życiem udowodnili niezłomność w pracy dla kraju. Więzień Oświęcimia, członek "Żegoty", żołnierz Powstania Warszawskiego, działacz i dziennikarz mikołajczykowskiego PSL-u, wieloletni więzień UB, a następnie historyk i pisarz podtrzymujący ducha Polaków w okresie PRL-u zawsze był dla mnie wzorem. Z jego książek uczyłem się ważnej dla każdego Warszawiaka prawdy o Powstaniu Warszawskim.
Przyglądając się jego działaniom jako szefa MSZ uczyłem się skuteczności w polityce zagranicznej. Pisałem o nim wielokrotnie, także na swoim blogu, ale listy wielkich osiągnięć i zasług profesora w blogowej formie nie sposób nawet wyliczyć. Ponieważ jestem członkiem kapituły polsko - niemieckiej nagrody za budowanie pozytywnych, miałem przyjemność wielokrotnie doświadczyć, jak wielkim autorytetem cieszy się Profesor nad Sprewą i Renem. Czasem w kilku zdaniach jest w stanie celnie jak nikt inny nazwać problem. Jego opinie, często ostre i wyraziste zapadają w pamięć i stają się punktem odniesienia nie tylko dla polityków, ale wszystkich Polaków. Słowa o tym, że „warto być przyzwoitym” w ustach człowieka, który przeżył obóz koncentracyjny, nie ugiął się przed komuną i wychowywał całe pokolenia polskich elit, to nie pusty frazes.
Wypowiedź o tym, że „Polska jest nie najpiękniejszą panną na wydaniu” miała dać do myślenia minister Annie Fotydze i prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i powstrzymać niemądre wymachiwanie szabelką. Przykłady można mnożyć, a i o samym życiorysie profesora można pisać bez końca. Poświęcono mu już dziesiątki programów, felietonów czy książek. Uznanie jakim cieszył się wśród Polaków, było niekwestionowane przez żadną siłę polityczną. Wszystko popsuł PiS, który w sobie właściwym stylu, postanowił na profesorze wykonać swój stary sposób reagowania na krytykę. Działo się to w czasie kompromitujących rządów w MSZ Anny Fotygi, co dodatkowo zbliża mnie do Profesora, bo jako jedyny z ówczesnego PiS-u zakwestionowałem sensowność działań MSZ i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od tego czasu prof. Bartoszewski stał się dla PiS-u wrogiem numer jeden.
Wiem, że politycy muszą być gotowi na ostrą krytykę. Jednak nie mogę odpuścić insynuowania polskim bohaterom działania na rzecz państw trzecich za ich pieniądze. Dlatego też dziś wzywam redaktora naczelnego GP do sprostowania nieprawdziwych informacji i przeproszenia za swoje pomówienia. Nie może być zgody na nurzanie w błocie pomówień osób, które całe życie poświęciły dobru wspólnemu. Profesor nie działa publicznie dla zaszczytów, orderów czy osobistych korzyści. Całe życie poświęcił Polsce i jak mało kto może być dumny ze swojej służby. Czy ma być zatem kolejną ofiarą oczerniania w imię małych i głupich politycznych wojenek? Jeśli się temu nie sprzeciwimy, stracimy szacunek dla samych siebie.
