Jestem w polityce od ponad dwudziestu lat. Często odnoszę wrażenie, że występuję w jakimś dziwnym, półamatorskim teatrze. Nauczyłem się, żeby nie karcić innych, jeśli nie jest się samemu w porządku, że jak nie ma się nic do powiedzenia to lepiej milczeć. Niestety politycy zbyt często udają, że są ekspertami od wszystkiego.

REKLAMA
Gdy spada samolot nagle wszyscy stają się specjalistami od oporu aerodynamicznego, czy interferencyjnego albo od sterowności, stateczności, czy opadania. Kiedy zaczyna się dyskusja o ACTA wszyscy nagle stają się ekspertami od negocjacji umów międzynarodowych, ustawowych i konstytucyjnych ograniczeń, obrotu towarami, czy naruszania własności intelektualnej.
Nie chodzi mi o sprawy poglądów, bo te każdy może wybrać dowolnie. Chodzi o dyskusję na tematy, do których potrzeba wiedzy, by nie operować sloganami, okrągłymi słówkami, kliszami i wyświechtanymi słówkami, by „nie lać wody”. Bo nie jest wstydem nie mieć wiedzy w specyficznym temacie. Wstydem jest nie wiedzieć, kogo warto w danej kwestii posłuchać. Życiowe doświadczenie uczy natomiast, że nikt nie jest ekspertem w każdej dziedzinie. Jeśli znasz się na wszystkim, to nie znasz się na niczym.
Nauczyłem się, że polityka to sztuka rozwiązywania problemów, a bez kompetencji i korzystania z opinii ludzi doświadczonych w specyficznych dziedzinach jest to niemożliwe. Polityka jest dążeniem do władzy, by zmieniać rzeczywistość i poprawiać życie ludzi. Tylko tyle i aż tyle.
Od dłuższego czasu, każdego dnia uświadamiam sobie potęgę internetu coraz bardziej. Im dłużej po nim surfuję (ja i moi współpracownicy, dla których umiejętność poruszania się w internecie jest czymś absolutnie podstawowym) - tym bardziej się przekonuję, że jednak nie jest on bezkształtną masą. Są w nim miliony opinii, czasem nonsensownych i abstrakcyjnych, ale czasem błyskotliwych, czy wręcz genialnych. Są też internauci, których zdanie ma realną wartość i wpływ na poglądy i postawy setek tysięcy ludzi. Mają też realną weryfikację poprzez tysiące głosów czytelników, na bieżąco poddających ich ocenie. Wierzę, że takie osoby można znaleźć wśród tych, którzy nadawali ton protestom. Bez wątpienia nie brak im kompetencji w obrębie problemów, z którymi łączą się ACTA w Polsce. A fakt, że protesty przeciwko tej umowie zaczęły się w Polsce i dopiero potem rozlały się po Europie, sprawia, że to polscy internauci mają pierwszeństwo i niezbywalne prawo do tego, by być wysłuchani. Z tego punktu widzenia uważam, że dyskusja na temat tej umowy, a także szerszego w moim odczuciu problemu, jakimi są prawa autorskie, musi odbywać się z udziałem polskich reprezentantów społeczeństwa obywatelskiego i ekspertów od sieci.
Jeśli głębiej przypatrzeć się sprawie, to chyba niewiele rzeczy mogło mnie bardziej ucieszyć niż protesty przeciwko ACTA. Pewnie brzmi to dziwnie, szczególnie w ustach kogoś, kto wywodzi się z rządzącej ekipy, atakowanej i krytykowanej bez pardonu przez internautów. Pewnie zaraz polityczni przeciwnicy wykorzystają tę notkę by zarzucić mi, że podłączam się do protestujących, że szukam politycznego kapitału, że chcę zaskarbić sobie „młody” elektorat. Ale dla mnie oczywiste jest, że ludzie, którzy gremialnie zbierali się, by manifestować swoje poglądy – mimo mrozu i śniegu – nie występują przeciwko komuś (w tym przypadku rządowi), nie mają na celu tworzenia ruchu politycznego i w tym sensie nie są „grupą do pozyskania”. Oni występują jako rzecznicy w obronie zagrożonej - ich zdaniem - wolności w internecie. Taka postawa musi budzić szacunek. Nawet jeśli czasem nabiera cech ataku na mój rząd.
Nie zacznę nagle udawać, że nie byłem zwolennikiem ACTA. Nie podzielam wielu obaw powtarzanych dość swobodnie na rozmaitych forach. Jestem zwolennikiem walki z podróbkami, bo cenię pracę tych, którzy wyrabiają dobra oryginalne – szczególnie wtedy gdy te dobra mają walor wysokiej jakości i unikatowości. Tyle, że wątpliwości związanych z ACTA nie można lekceważyć. Trzeba zrobić wszystko, by wysłuchać racji krytykujących sprawę i jeśli ich nie podzielamy, zetrzeć się na argumenty. Jest kilka tego powodów, ale jeden jest najważniejszy – ci młodzi ludzie nie protestują przeciwko jakiejś opcji politycznej, nie uzurpują sobie prawa do nieomylności, nie chcą trybunału stanu i podobnych postulatów, które padają ze strony PiS-u, Palikotów, Giertychów. Oni chcą być gospodarzami w swoim kraju i chcą być wysłuchani. Są realnym choć trudnym do „uchwycenia” dyskutantem. Należy im się uwaga, bo nie zachowują się jak opozycja, która zawsze będzie przeciwko nawet najlepszym propozycjom tylko dlatego, żeby się odróżnić od władzy i przejąć ją w swoje ręce. Dbają o swoją wolność i chcą jej bronić, a nie czekają na potknięcie i najgorszy kataklizm, bo tylko w nim widzą szansę na swój sukces - takie podejście niezwykle mnie razi. Ich opinia nie jest mi obojętna.
Nie jest grzechem szukanie poparcia dla swojej działalności u tych, których interesy się popiera. Jestem internautą stosunkowo od niedawna. Nie od razu założyłem stronę i swoje konto na facebooku. Przekonali mnie moi współpracownicy i doradcy. Stopniowo wciągali mnie w wirtualny świat. Sieć, internet - mikrokosmos, o którym moim rodzicom nawet się nie śniło, a i moja wyobraźnia do dziś uczy się go poznawać i stopniowo, ale konsekwentnie coraz bardziej daje się wciągnąć możliwościom, które zdają się być nieograniczone. Kto nie będzie uznawał Internetu jako pierwszej płaszczyzny do dyskusji ze społeczeństwem, ten szybko zostanie politykiem archaicznym, którego nikt nie będzie brał poważnie.
Jestem europosłem, bo zagłosowało na mnie pięćdziesiąt tysięcy Polaków. Wśród nich musieli być internauci. A jeśli nawet ich nie było, to chcę, żeby zagłosowali na mnie oni za trzy lata. Jako wiceszef komisji, w której będzie się toczyć kluczowa dyskusja o ACTA, czuję się w obowiązku zaprosić do dyskusji tych, którzy nadawali jej ton, do Brukseli, na warsztaty w komisji INTA poświęcone ACTA, które odbędą się 1-szego marca.
Bo nawet jeśli nie we wszystkim się z nimi zgodzę, to ważne dla mnie jest, aby pokazać Europie jak świetnych mamy w Polsce ekspertów i dyskutantów.
Bo nic lepiej nie będzie świadczyć o sile polskiej demokracji, a to na jej poziomie wszystkim nam powinno zależeć.