REKLAMA
Jesteśmy sto dni przed wyborami w Stanach Zjednoczonych. Kampania prezydencka przechodzi w decydującą fazę. Prezydent Barack Obama ma minimalną przewagę, ale kryzys gospodarczy gra na rzecz kandydata Partii Republikańskiej Mitta Romneya. Oba sztaby wyborcze wiedzą, że nie mogą stracić ani jednego dnia, ani jednej godziny. Wszystko jest obliczone do ostatniej minuty. Dziś nie można przesądzić, kto wygra te najważniejsze na świecie wybory. Jednak my już na tych wyborach wygraliśmy. Fakt, iż Polska jest jednym z trzech krajów, które kandydat republikanów odwiedza w gorącym okresie kampanijnym stanowi potwierdzenie jej wagi w Europie.
Wybór naszego kraju nie był oczywisty. Co innego Wielka Brytania i Izrael będące starymi partnerami USA. Wiadomo, że wizyta kandydata Republikanów będzie prześwietlona pod każdym względem. Nie tylko pod kątem tego, co Romney powie i z kim się spotka. Ale także uwzględniając wagę danego kraju dla polityki amerykańskiej i sposób, w jaki będzie tam przyjęty. Sztabowcy nie mogą sobie pozwolić na najmniejszy błąd, aby nie skompromitować kandydata. I tutaj widać wyraźnie, jaka zmiana nastąpiła w postrzeganiu Polski przez amerykański establishment.
Niedawna seria artykułów w New York Timesie pokazała Polskę, jako kraj sukcesu, który przeprowadził najważniejsze, choć bolesne reformy i liczy się w Unii Europejskiej. W analizach amerykańskich na temat kryzysu strefy Euro, pełnimy pozytywną rolę państwa, którego politykę oszczędności budżetowych i rozwoju należy popierać. Nie tworzymy już problemów, jesteśmy krajem ich rozwiązywania. Amerykanie patrzą na nas głównie w kontekście naszego miejsca w Unii Europejskiej. To ona, bowiem, a nie my sami, jest dla nich najważniejsza. I nic dziwnego, jeśli na Unię przypada druga po Chinach wielkość obrotów handlowych z USA. Dla Romneya walczącego z interwencjonistyczną polityką Obamy, sukces liberalnej gospodarki w Polsce jest jasnym dowodem słuszności głoszonych tez wyborczych. Dziś jego wizyta w Polsce nie budzi już zdziwienia w Stanach. Co innego z poglądami, które głosi.
Romney swój program polityki zagranicznej oparł na krytyce resetu dokonanego przez Obamę z Rosją, braku skutecznej koncepcji polityki administracji amerykańskiej wobec Chin i jej zbytniej uległości wobec Iranu i islamskiego terroryzmu. Oburza go odwrócenie się obecnego prezydenta od wiernych sojuszników USA w Europie, Polski i Czech w sprawie tarczy antyrakietowej i dogadywanie się Kremlem za ich plecami. Dziś przemawiając do polskiego audytorium najprawdopodobniej powtórzy i wzmocni amerykańskie zobowiązania wobec Polski w kontekście zagrożenia rosyjskiego. Warto będzie zwrócić baczną uwagę na te wątki, ale także na to, czego nie będzie w wystąpieniu Republikanina.
Jeżeli Romney poważnie traktuje swój program, powinniśmy usłyszeć konkretne plany zwiększenia bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej, a nie tylko krągłe ogólniki. Doceniam uwzględnienie przez Obamę Polski, jako kraju biorącego w przyszłości udział w programie tarczy antyrakietowej, ale ten program nie wychodzi na przeciw naszemu poczuciu zagrożenia. Przysłanie amerykańskiej eskadry F16, aby ćwiczyła z naszymi pilotami, by zachowali zdolność operowania z siłami NATO jest ważne, ale w żaden sposób nie eliminuje naszego zagrożenia z powietrza. Dlatego możemy oczekiwać, że nasi przywódcy na spotkaniu z Romneyem zapytają o możliwość uruchomienia programu zakupu rakiet obrony powietrznej z USA po preferencyjnych cenach. Jeżeli Romney uznaje zagrożenie ze strony Rosji za poważne, powinniśmy oczekiwać od niego określenia realnego wsparcia naszych zdolności obronnych, nawiązując do programów, które USA przyznają Turcji. Mamy prawo tego wymagać, gdyż Polska pełni ważną funkcję w systemie obronnym NATO. Aby ją realizować, USA powinny wspierać nas znacznie poważniej niż dotychczas. I powinniśmy tego oczekiwać niezależnie od aktualnego zagrożenia. Nawet, jeśli obecnie nie jest oceniane jako wysokie, autorytarny system w Rosji nie tworzy gwarancji bezpieczeństwa dla Europy Wschodniej. Im silniejsze będzie NATO w Polsce, tym realniejsza będzie pokojowa polityka na Kremlu. Zgodnie z rzymską zasadą Si vis pacem para bellum.
Polska dziś jest zbyt silnie związana z Unią Europejską, aby nasi przywódcy nie zadawali kandydatowi Republikanów najważniejszych dla Unii pytań. Powinniśmy, zatem pójść dalej i pytać o to, o co Romneya nie mają okazji zapytać Niemcy, Francuzi, Hiszpanie czy Grecy. O to jaka będzie jego polityka wobec kryzysu strefy Euro. I w jaki sposób chce wpłynąć na politykę handlową i walutową Pekinu. Niedługo wpływ gospodarki chińskiej na nasze interesy będzie większy niż gospodarki rosyjskiej. Poza energetyką, już dziś jest tak na pewno z resztą Europy.
Romney przyjeżdża do nas przekonany o zawodzie, którego doznaliśmy od Obamy. Liczy na entuzjazm, jaki wywoła swoimi deklaracjami. Pewnie byłoby tak jeszcze pięć lat temu. Dziś liczą się dla nas konkrety, a nie puste obietnice. W ciągu ostatniej dekady udowodniliśmy, że działamy lojalnie w ramach sojuszy, ale twardo chodzimy po ziemi. Deklaracje antyrosyjskie nie są nam potrzebne. Chcemy wymiernego wzmocnienia NATO w Polsce, ale także współdziałania USA w walce z kryzysem w Europie. Staliśmy się normalnym europejskim krajem. I samo dobrotliwe klepanie po plecach na pewno nie wystarczy.
Post scriptum
Celowo nie wspomniałem nic o wizach. W moim stanowisku bowiem nie nastąpiła żadna zmiana. Podtrzymuję pogląd, że do czasu ich zniesienia przez Amerykanów, powinniśmy wprowadzić dla nich wizy polskie. Nawet, jeśli ich egzekwowanie, biorąc pod uwagę bezwizowy ruch między Polską a europejskimi krajami, w których lądują samoloty z USA, może być trudne. To ważna sprawa, choć w porównaniu z bezpieczeństwem i kryzysem gospodarczym, drugoplanowa. Ciekawe co o wizach powie sam Romney?