REKLAMA
Dziś znów pojawia się temat kandydatury Donalda Tuska na szefa Komisji Europejskiej. Bezspornie dla każdego polityka jest to zaszczyt, ale na obecną chwilę to wciąż tylko jedno z możliwych rozwiązań. Wcale nie jest oczywiste, że premier uznał, iż kariera europejska jest dla niego szansą nie do odrzucenia. Po pierwsze, wciąż może jeszcze wiele osiągnąć w Polsce, po drugie, już nie raz zaskakiwał swoimi decyzjami. Wielu komentatorów zapomina o tym, że przecież przez kilka lat wszyscy jak jeden mąż deliberowali o jego przygotowaniach do startu w wyborach prezydenckich. Miał olbrzymie szanse, a jednak uznał, że to misja premiera jest mu bliższa i na ukoronowanie kariery ma jeszcze czas. Dziś mam swoiste deja vu, kiedy słyszę w kółko o premierze jako o szefie Komisji, bo dokładnie to samo przeżywaliśmy już w 2010 roku zanim doszło do katastrofy w Smoleńsku.
Jest jednak coś, co w tej sprawie przykuło moją uwagę. Za rok Polacy pójdą głosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dzisiejsze sondaże są dla nas niepokojące i wskazują, że rosną obawy o przyszłość. Szykuje się ostra kampania, w której z pewnością pojawi się dobrze znany motyw straszenia Polaków- podwyżkami, kondominium rosyjsko-niemieckim, wykupywaniem przez Niemców polskiej ziemi, utratą suwerenności i innymi demonami z repertuaru spin-doctorów. Nie wiem nawet, czy rzeczywiście w to wierzą, ale ponieważ ton polityce nadaje Anna Fotyga, najgorsza minister spraw zagranicznych w ostatniej dekadzie, nie widzę innej możliwości. Nawet jeśli PiS postanowi ją schować, tak jak robi to teraz, narracja nie będzie mogła się zmienić. Gołym okiem widać jaka jest alternatywa dla wygranej Platformy Obywatelskiej.
Przy pogrążonej w chaosie lewicy, która najwyraźniej wirusa niesnasek i przerostu ambicji złapała od skrajnej prawicy, warto zastanowić się jaki scenariusz może nas czekać po zwycięstwie PiS-u. Nie chcę dyskutować o tym, jaka będzie wizja Polski przedstawiona przez Jarosława Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych. Mogę jednak z całą świadomością powiedzieć, że jeśli tylko doszłoby do tego, że to jego partia uzyskałaby więcej mandatów do PE niż Platforma, to Polska nie będzie mieć z tego żadnych korzyści. Od biedy mogę sobie wyobrazić, że ktoś nie będący członkiem PiS-u, ale mający pewne kompetencje, zgodziłby się objąć fotel komisarza, choć nikt taki nie przychodzi mi do głowy.
Jednak nawet przy najbardziej dobrej woli nie widzę absolutnie nikogo, kto z ramienia Prawa i Sprawiedliwości mógłby w ogóle marzyć o objęciu najważniejszych funkcji w Europie. Nawet nie ma sensu wymieniać nazwisk panów Błaszczaka czy Hofmana. Nie wydaje mi się też, że pokłóceni śmiertelnie z Kaczyńskim europosłowie, którzy odeszli z PiS-u w trakcie kadencji mogliby nagle wrócić do łask i odnaleźć się w coraz trudniejszej rzeczywistości przeobrażającej się Unii Europejskiej.
Po prostu prezes nie zapomina i nie będzie ryzykował kolejnej rebelii tych, którzy nagle poczują wiatr w żagle i oddaleni od czujnych oczu zakonników PC, zerwą się ze smyczy. Co zatem zostaje? W najlepszym razie nic. W najgorszym dalsze oddalenie Polski od decyzji, które na sytuację naszego kraju będą miały wpływ przez kolejne dekady. Brak polskiego polityka w gronie najważniejszych postaci Unii Europejskiej to brak jakiejkolwiek realnej mocy wpływu.
Wszystkie pohukiwania PiS-u o tym, że pokaże jak prowadzić twardą politykę można włożyć dziś między bajki. Po prostu używając metafory bokserskiej – zawodnicy krajowi – tacy „bokserzy wagi koguciej”, w Europie, czyli „wadze ciężkiej” zostaną mówiąc delikatnie zneutralizowani... To co w polskiej lidze może czasem przynieść umiarkowane sukcesy, w rozgrywkach Unii daje szanse podobne do szans naszych ligowych zespołów piłkarskich w eliminacjach Ligi Mistrzów.
Trudno o bardziej wymowny przykład niż stosunek do PiS-u jego własnych najbliższych sojuszników. Jakoś nie słyszałem, żeby David Cameron powiedział cokolwiek o ewentualnych szansach człoków PiS na najwyższe stanowiska w Unii. A Państwo?
