REKLAMA
Wczoraj wieczorem do Warszawy przyleciał szef amerykańskiej dyplomacji - John Kerry - i już dziś można i należy wskazać, że bez wątpienia świadczy to o silnej pozycji Polski w Europie oraz o sile polsko-amerykańskich relacji. Wizyty Sekretarza Stanu USA nigdy nie są przypadkowe. Odrzucam komentarze nazywające przyjazd Kerry’ego nadrabianiem zaległości. To, że Polska będzie jedynym krajem europejskim na trasie jego podróży na drugą stronę Atlantyku, ma realne znaczenie.Pamiętajmy też, że podróż ta odbywa w warunkach bardzo silnego osłabienia prezydentury Obamy i wewnętrznych kontrowersji wokół tzw. OBAMAcare, poprzedzonych kryzysem budżetowym. Słabość USA to również porażki administracji w relacjach międzynarodowych i polityce zewnętrznej. Niekonsekwentne stanowisko USA w czasie dyskusji o wojnie domowej w Syrii oznacza bezprecedensową utratę roli przywódczej na rzecz Rosji.
Dodatkowo nie można zapominać o wybuchu afery podsłuchowej, która zatacza coraz szersze kręgi. Wydaje się też, że to właśnie ujawnione przez Snowdena masowe śledzenie maili i podsłuchiwanie rozmów telefonicznych powoduje, że obecnie Kerry nie może pojechać ani do Niemiec, ani do Francji bo naraziłby się tam na miliony niewygodnych pytań, a z kolei wizyta w Wielkiej Brytanii nic by USA nie dała i jej wartość byłaby zerowa.
Dlaczego zatem Kerry jedzie do Polski?
Po pierwsze chce odbudować nasze zaufanie do polityki amerykańskiej. Polska blisko współpracowała z USA w Iraku i Afganistanie. Nie wiemy jakie informacje przekazał Snowden Rosjanom. Może dotyczą także naszego wkładu w walkę z terrorystami. Mamy prawo czuć się zawiedzeni. Jednak wiemy, że mimo karygodnych błędów agencji wywiadowczych, USA pozostaje naszym najważniejszym sojusznikiem. Amerykanie muszą też udzielić nam gwarancji, że wprowadzili takie zmiany w wewnętrznych procedurach, że żaden element współpracy, który powinien pozostać poufny, nie zostanie ujawniony. To kwestia bezpieczeństwa naszego kraju.
Po drugie chce wykorzystać silną pozycję Polski w UE i w relacjach z Niemcami i Francją aby naprawić naruszone zaufanie do USA w Europie. Konsekwencje rozejścia się Europy i Ameryki mogą być dla nas katastrofalne. Widać coraz wyraźniej, że Snowden nie jest żadnym whistleblowerem. Aby nim być, powinien ograniczyć się do informacji o metodzie, dzięki której USA podsłuchują świat i ujawnić skalę tej działalności. Okazuje się jednak, że przekazał Rosji wiele tysięcy informacji, które szkodzą jego ojczyźnie i jej sojusznikom. Teraz są one umiejętnie wykorzystywane przez Kreml, aby podzielić NATO. To jest bardzo groźne także dla nas. Dlatego powinniśmy współdziałać z USA, aby nadwyrężone zaufanie naprawić. Ciągle jesteśmy jednym z najbardziej proamerykańskich krajów na naszym kontynencie. Mimo że w ostatnich latach tradycyjna sympatia Polaków do USA znacząco osłabła, wciąż myślimy o Amerykanach pozytywnie. Wobec porażek wizerunkowych USA, które przekładają się nie tylko na niechęć, ale nawet na rosnącą wrogość europejskiej opinii publicznej wobec Waszyngtonu, dziś to proamerykańskie podejście jest Stanom potrzebne jak deszcz na pustyni.
Amerykanie i Europejczycy mają jeszcze jeden wspólny interes, który został podważony. Jest nim negocjowana umowa o handlu i inwestycjach, która ma stworzyć podstawy pod transatlantycki wspólny rynek. Może ona przywrócić nasz prymat w gospodarce, zagrożony przez dynamicznie rozwijający się Daleki Wschód. Co ważniejsze, stworzy ona możliwość rozszerzania na świecie europejskich standardów dotyczących bezpieczeństwa pracy, jakości produktów i zrównoważonego rozwoju. Powinniśmy zatem wspierać europejskich negocjatorów i dążyć do szybkiego zakończenia ich prac. Musimy równocześnie wykorzystać negocjacje, aby wprowadzić odpowiednie normy dotyczące przechowywania i wykorzystywania danych o obywatelach. Nie ma zgody by dane klientów amerykańskich koncernów internetowych były przetwarzane przez wywiad amerykański i tworzyły przewagę dla amerykańskich interesów. W tej sprawie mandat negocjacyjny dla Komisji Europejskiej musi zostać uzupełniony przez Radę i Polska ma tutaj do odegrania istotną rolę.
Po trzecie Kerry chce pokazać, że USA nie odpuszczają Europy Środkowo - Wschodniej. Przyjeżdża w trakcie manewrów, które po raz pierwszy od rozszerzenia NATO zakładają działania obronne wobec agresji Rosji na jedno z państw bałtyckich. Co prawda oddział amerykański ogranicza się jedynie do 200 żołnierzy, jednak obecność Sekretarza Stanu w Polsce w takim momencie jest równa udziałowi całej dywizji. Amerykanie mają świadomość bankructwa resetu i tego, że są traktowani przez Kreml jako główny wróg. Doniesienia, że Amerykanie chcą unowocześnić głowice nuklearne w Niemczech (choć Niemcy nie chcieliby ich mieć w ogóle), to znak, że ich strategiczna obecność w Europie ma być utrzymana. USA wysyła Kremlowi sygnał – nie chcemy z wami zatargu i konfliktu, ale poważnie traktujemy nasze zobowiązania sojusznicze w regionie.
USA mają także własny interes w postaci tarczy antyrakietowej. Jeden z jej elementów został właśnie uruchomiony w Rumunii. Powinniśmy oczekiwać od Kerry’ego konkretów w sprawie komponentu polskiego.
Po czwarte Amerykanie są zainteresowani uczestniczeniem w polskim programie modernizacji armii. W tej sprawie kluczowe jest jednak, żeby Polska kierowała się wyłącznie własnym interesem. Musi być inaczej niż przy wyborze F16, który poza potrzebami stricte obronnymi, podyktowany był także polityką. Jeśli USA zaoferują coś unikalnego i za dobrą cenę, to może będziemy ich klientem. Jednak jeśli konkurencyjni byliby np. Finowie, Francuzi, Włosi, Niemcy czy Izraelczycy, to trzeba kupować wojskowy sprzęt od nich.
Polska już kilkanaście razy udowodniła, że jest dobrym sojusznikiem i powinna zacząć więcej wymagać od Amerykanów. Oznacza to podjęcie problemu wiz, który ma charakter polityczny i jest coraz bardziej niezrozumiały dla Polaków. Nie przez same trudności z uzyskaniem wizy, ale dlatego, że bariery we wjeździe Polaków do USA urosły już do symbolu niechęci Amerykanów wobec nas. Jeżeli USA traktują Polskę poważnie, to nie mogą z tym zwlekać. Łączenie z Polakami problemu imigracji, w przeważającej większości dotyczącego Latynosów, to nieporozumienie. Na takie traktowanie przez Amerykanów nie możemy się godzić.