REKLAMA
Jeżeli ktoś ma nadzieję, że Europejski Trybunał Praw Człowieka wyjaśni ostatecznie czy na Mazurach istniały więzienia, spotka go niestety srogi zawód. Polska, niezależnie od rozstrzygnięcia Trybunału ws. dokumentów dotyczących rzekomych "więzień CIA", ma do przedyskutowania to, jak postrzegamy własną suwerenność. W tej kwestii powinny wypowiedzieć się wszystkie ugrupowania polityczne, ponieważ sprawa jest fundamentalna. Jednak PiS sam wyeliminował się z tej dyskusji mówiąc, że jesteśmy kondominium niemiecko - rosyjskim.
Ostatnio przez media przewinęła się informacja dziennikarzy "Faktu" o próbie wysadzenia Mostu Poniatowskiego przez Afgańczyka pracującego w jednej z restauracji w pobliżu. W dniu półfinału EURO 2012, który miał być dniem ataku, też byłem na tym moście. Wraz z moimi wolontariuszami odprowadzaliśmy kibiców na mecz. By uczcić zakończenie mistrzostw w Polsce, zaprezentowaliśmy wielką flagę ozdobioną odciskami dłoni kibiców z całej Europy - Ukrainy, Rosji, Niemiec, Portugalii i wielu, wielu innych. Gdyby nie praca wywiadów i ujęcie zamachowca, zabitych i rannych mogły być setki!
To przerażający dowód na to, że terroryzm nie zniknął, a Polska musi liczyć się z tym, że będzie celem ataków. Każdy z nas powinien się zastanowić nad tym, ile wolności jesteśmy w stanie poświecić dla bezpieczeństwa. Jak powinny zachowywać się służby, gdy dowiedzą się, że przygotowywany jest zamach, a podejrzany ma informacje, które pozwolą uratować od śmierci wiele ofiar? Co jednak z zasadą, że wątpliwości muszą być rozpatrywane na korzyść oskarżonego? Sam stawiam sobie podobne pytania. Stawiają je wyborcy i dziennikarze. Politycy powinni otwarcie przedstawiać swoje opinie na ten temat, a wyborcy ocenią, jakie postępowanie ich przekonuje i kto najlepiej zadba o bezpieczeństwo obywateli i państwa.
Rzadko dyskutujemy nad kwestią, która moim zdaniem jest chyba najważniejsza. Chodzi o to, czy faktycznie było tak, że Polska wyzbyła się części swojej suwerenności, żeby przekazać Amerykanom jakąś część bazy, która przecież jest bazą polską i nikt nie może jej wyłączać z polskiej jurysdykcji. Gdyby rzeczywiście tak było, to nie ma wątpliwości, że Leszek Miller musiałby stanąć przed Trybunałem Stanu. Ale walka z terroryzmem to, obok kryzysu, wciąż czołowy problem, z którym zmagają się przywódcy państw na całym świecie.
Na problemie tym połamał sobie zęby sam Barack Obama. Prezydent zapowiadał w kampanii, ze zamknie więzienie Guantanamo, ale po niemal siedmiu latach wciąż ono działa. Co więcej, nawet BBC emitowała filmy dokumentalne uwzględniające argumenty, które tłumaczą Obamę. Z drugiej strony, jak pokazała reżyserka Kathryn Bigelow w swoim nominowanym zasadnie do Oskara filmie "Wróg numer jeden", bez użycia tortur być może Osama Bin Laden nie zostałby wyeliminowany. Bolesne, ale prawdziwe.
Wobec tego wszystkiego, pomimo nierozstrzygniętych wątpliwości i szkód wizerunkowych jakich doznała Polska, nie mamy specjalnie dużego pola manewru. Nie możemy w żadnym wypadku powierzać nikomu tak wrażliwych informacji wagi państwowej, jak ściśle tajne procedury i zasady logistyki. Nie możemy wystawiać ich na światło dzienne, jak ogłoszenia w internecie. Jak moglibyśmy przekazać Trybunałowi w Strasbourgu ściśle tajne informacje, skoro nie ma żadnych struktur strzegących ich bezpieczeństwa?
To podstawowa kwestia, którą rozważano gdy Trybunał Sprawiedliwości zażądał aby Polska przekazała wszystkie dokumenty związane z podejrzeniami o funkcjonowanie więzień. W opinii większości polskich mediów więzienia faktycznie istniały. Problem w tym, że nie ma na to absolutnie żadnego twardego dowodu. Żądanie ujawnienia najtajniejszych danych dotyczących bezpieczeństwa państwa to żądanie, którego Polska nie może spełnić.
To nie przypadek, że kolejne ekipy rządzące prezentowały identyczne stanowisko jak członkowie rządu Donalda Tuska. Co więcej, taka sytuacja wiąże też ręce rządowi. Nieoficjalnie wiadomo, że nawet wśród dokumentów państwowych nie ma jednoznacznego potwierdzenia, że takie więzienia istniały. Dlatego też dokumenty, które miałyby być związane ze sprawą wcale nie pokazałyby jakiegokolwiek potwierdzenia zarzutów, a jedynie naraziłyby państwo na szkody.
W tym kontekście trzeba też powiedzieć o innym przypadku, czyli publikacji raportu o likwidacji WSI. Można dyskutować o jego sensowności, ale teza, że był on naruszeniem zasady tajności nie jest przez media ani ekspertów kwestionowana. Jeśliby jednak porównywać ewentualne konsekwencje ujawnienia tych informacji przez Macierewicza do ewentualnego, ale prawdopodobnego ujawnienia informacji związanych ze współpracą wywiadu polskiego z amerykańskim, byłoby to jak porównanie siły fal Bałtyku z niszczącą siłą tsunami. A polityk, który sprowadza tsunami do swojego kraju zawsze będzie posądzony o zdradę racji stanu.
Sytuacja jest i będzie patowa. A co by się nie działo, nie wierzę, że jakiekolwiek tajne informacje trafią do Trybunału. Jedynym argumentem, który zmieniłby nasze położenie w sporze z Trybunałem, mogłoby być wprowadzenie systemu postępowania z tajnymi informacjami. Jednak nawet to nie byłoby wystarczającym zapewnieniem bezpieczeństwa. Bez tego zapewnienia żadne dokumenty nie trafią do Strasburga. A prawda o więzieniach i tak ujrzy światło dzienne, ale muszą minąć dekady, zanim będzie to bezpieczne i możliwie.