Kijowski Majdan trwa już trzeci tydzień. Dzisiaj odbywa się kolejna wielka proeuropejska manifestacja. Jak długo jeszcze wytrzymają protestujący? Jakie są warunki ich ewentualnego sukcesu?
REKLAMA
Nad ranem 30 listopada użycie przemocy wobec protestu studenckiego doprowadziło do jego przerodzenia się w wielki wiec społecznego poparcia dla umowy stowarzyszeniowej i sprzeciwu wobec władzy. Setki tysięcy Ukraińców podchwyciło studenckie hasła i wyszło na Chreszczatyk i Majdan. Opierając się na tym nastroju protestu, zjednoczona opozycja polityczna (Batkwiszczyna, Swoboda i UDAR) podjęła hasło pokojowej rewolucji, przyspieszonych wyborów parlamentarnych i prezydenckich oraz zmiany całego systemu. Instrumentem do tych celów miał być strajk generalny i masowe majdany na całej Ukrainie. Okazało się jednak, że radykalny program polityczny nie został przyjęty przez Ukraińców. Strajk się nie rozpoczął, a majdany poza Zachodnią Ukrainą liczyły nie więcej niż kilka tysięcy ludzi.
Dziś sytuacja jest dynamiczna i coraz częściej dyskutuje się nad tym, czy władza rozpędzi protest. Oczywiście nie można niczego przesądzać, ale gdy pytałem na Majdanie polityków i liderów opozycji czy obawiają się kolejnych pacyfikacji, mówili mi, że przy tak wielu protestujących nie ma mowy o skutecznej akcji usunięcia ich siłą. Jeśli te założenia są prawdziwe, to o sukcesie Majdanu może przesądzić utrzymująca się wysoka frekwencja manifestujących oraz to, jaką taktykę negocjacyjną przyjmą. Kluczem do skutecznej presji na Niebieskich i Janukowycza jest utrzymanie wspólnego frontu opozycji i przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego. Jako polski eurodeputowany bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że to właśnie ta druga grupa, która potocznie nazywana jest „społecznym majdanem”, powinna otrzymać od Unii pomoc w dochodzeniu swoich racji.
Tymczasem w mediach Majdan zbyt łatwo zlewa się z parlamentarną opozycją. Również w Parlamencie Europejskim spotkałem się z problemem z oceną sytuacji. To, czego moi koledzy nie mogli łatwo zrozumieć, to fakt, że ten bunt ma charakter społeczny, a nie polityczny. Protestujący zwołali się za pośrednictwem Facebooka co związane z wcześniejszym samo-organizowaniem się grupy euroentuzjastów zebranych w grupie MyEuropejci. Na moje zaproszenie mieli oni możliwość spotykania się z politykami najważniejszych frakcji w PE. Działanie tej grupy i wielu podobnych umożliwiło powstanie znaczącej siły społecznej, której partie polityczne nie mogą zlekceważyć.
Parlament Europejski patrzy przez pryzmat schematów z demokratycznych krajów UE, gdzie oddolne protesty społeczne skierowane są raczej przeciwko czemuś, a program pozytywny przedstawiają zazwyczaj partie polityczne. Zaskoczeniem może być też cel protestów - stowarzyszenie z Unią Europejską, podczas gdy w Europie protestuje się raczej przeciwko Unii.
Na Ukrainie jest inaczej. Protest zaskoczył nie tylko władze i UE. W równym stopniu zaskoczone były też partie opozycyjne. Studenci początkowo domagali się jedynie podpisania umowy z Unią, nie chcieli u siebie żadnych symboli partyjnych. Batkiwszczyna, Udar i Swoboda utworzyły zatem kilkaset metrów dalej, na placu Europejskim, tzw. Majdan polityczny. Gdy okazało się, że Majdan społeczny jest kilka razy liczniejszy od politycznego, liderzy partii przystali na postulaty Komitetu założonego przez studentów i działaczy pozarządowych i przenieśli się na Majdan Niezależności. To aktywiści społeczni, za pomocą specjalnych grup stworzonych w mediach społecznościowych, byli w stanie mobilizować wielkie masy ludzi. Możliwości partii były znacznie mniejsze. I właśnie dlatego tak ważne jest, by konsekwentnie przypominać opozycji, że ona sama żadnego Majdanu by nie stworzyła.
Mój współpracownik, który wczoraj na moją prośbę rozmawiał z organizatorami Majdanu obywatelskiego, przekazał mi ich postulaty. Chcą oni stworzenia szerokiego forum do rozmów, w którym będą reprezentowane 4 siły: władza, opozycja, część obywatelska i struktury międzynarodowe, głównie UE. To pokazuje istotną różnicę miedzy obecnymi wydarzeniami, a tzw. Pomarańczową Rewolucją. To nie jest tylko konflikt między władzą i opozycją. To walka o stworzenie nowego systemu funkcjonowania władzy i społeczeństwa.
Na razie opozycję i przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego łączą wspólne cele. Ale działacze społeczni mówią jasno - "nie chcemy zmieniać cara z Partii Regionów na cara czy carycę opozycji. Walczymy o nowe zasady i nową Konstytucję". Tym bardziej warte podkreślenia jest to, że sami protestujący mówią, że to pierwszy spontaniczny i "niesponsorowany" bunt na Ukrainie od dekady. Unia nie może sobie pozwolić na patrzenie jak protest się wypala lub rozmienia na drobne.
Opozycja musi sprzęgnąć swoje polityczne ambicje z aspiracjami obywateli, których celem jest nie zmiana władzy, ale zasad jej działania. Mimo, że ze sztabu opozycji do sztabu społeczeństwa obywatelskiego nie jest daleko, to droga ta jest przemierzana zbyt rzadko. Nie skoordynowano wspólnego wystąpienia podczas okrągłego stołu, "społeczeństwo obywatelskie" i organizacje studenckie reprezentowała... młodzieżówka "regionałów".
Przywódcy opozycji – Kliczko, Tiahnybok i Jaceniuk coraz silniej stawiają żądanie odejścia Janukowycza, co prowadzi do sytuacji patowej, w której żadna ze stron nie ma możliwości manewru i wyjścia z twarzą. Takie negocjacje nie mogą przynieść niczego dobrego, bo nie są to negocjacje, tylko żądanie kapitulacji w sytuacji, gdy Janukowycz ma przed sobą jeszcze co najmniej rok rządów i silne zaplecze polityczne. Za autentycznym dialogiem opowiadali się najważniejsi politycy od Jerzego Buzka, aż po Catherine Ashton. Przez wiele miesięcy od czasu uwięzienia Julii Tymoszenko konsekwentnie podkreślali jednak, ze nie mają intencji wzmacniania Janukowycza, który reguły demokracji systematycznie gwałci. W mojej ocenie jeśli obecny prezydent chce w ogóle marzyć o reelekcji, musi usiąść do stołu z protestującymi i otworzyć się na ich postulaty, a nie imitować dialog. A strona społeczna musi być w tych rozmowach równorzędnym partnerem, obok polityków ze strony opozycyjnej.
