REKLAMA
Wchodzimy w najbardziej gorący okres układania list. Nic dziwnego, że media usiłują odgadnąć decyzje partyjnych władz dotyczące kandydatów i ich miejsc na liście. Tej gorączce uległa też w ubiegłym tygodniu część dziennikarzy, podając nazwiska kandydatów PO z Warszawy i określając ich miejsca w czołówce listy. To trochę wróżenie z fusów, gdyż wiadomo że Rada Regionalna przedstawi we wtorek nazwiska zgodnie z kolejnością alfabetyczną. O ostatecznym kształcie list zadecyduje dopiero Zarząd i Rada Krajowa. Jednak jest w ustawieniu nazwisk przez redakcję pewna sugestia polityczna, do której warto się odnieść, bo kwestia jest dla mnie fundamentalna. Dotyczy dalszego kierunku, w jakim Platforma miałaby podążać.
Otóż informacja, że dwa czołowe miejsca mają zająć politycy wyraźnie kojarzeni z nurtem lewicowym buduje wrażenie, że Platforma będzie przechylać się w lewo. W istocie, gdyby redakcje miały rację, takie wrażenie narzucałoby się samo. Warszawa to przecież bardzo prestiżowy okręg i jeden z największych bastionów naszej partii. Byłby to jednoznaczny komunikat dla wyborców, ograniczający zdolność przekonywania osób o poglądach bardziej centroprawicowych. A to mogłoby osłabić nasze szanse na sukces wyborczy. Zostałoby bowiem zakwestionowane to, co było dotąd naszą siłą: równowaga między różnymi nurtami ideowymi dająca mocne miejsce w centrum, z którego skutecznie przekonywaliśmy wyborców centroprawicowych i centrolewicowych. Atrakcyjnością i siłą Platformy było to, że potrafiliśmy przez lata absorbować różne osobowości polityczne i budować konsensus co do tego, jakie są najważniejsze projekty, które pozwolą Polsce dogonić zachodnią Europę i zapewnić o jej bezpieczeństwie.
Już słyszę chór krytyków, którzy chętnie klasną i powiedzą – oho, mówiliśmy – premier jest socjalistą, a Platforma to partia lewicowa, przestraszona w obliczu silnych konkurentów. Takie tezy można włożyć między bajki. Rządzimy w Polsce od dwóch kadencji właśnie dlatego że wartości traktowaliśmy jako tę kategorię polityki, w której główna jest zasada primum non nocere – najważniejsze nie szkodzić.
Reformy gospodarcze jakie wprowadzaliśmy, pokazały, że troska o ludzi nie jest dla nas socjalnym hasłem na lewacką modłę. Jeśli wzmacnialiśmy poszczególne segmenty polityki społecznej to dlatego, że pomoc danej grupie społecznej była bezwzględnie potrzebna. Nie uniknęliśmy błędów i potknięć. Jednak jako formacja nie staliśmy nigdy po którejś ze stron ideologicznego sporu.
Parlament Europejski jest miejscem szczególnym ze względu na wagę w Europie. Dzięki silnej obecności w nim Platforma może realizować nasze interesy narodowe związane z rozwojem cywilizacyjnym i polityką wschodnią. Jest także miejscem, w którym przeważają poglądy liberalno-lewicowe, dodatkowo reprezentowane przez osoby, które chcą je narzucić wszystkim innym. Dla umiarkowanych polskich wyborców propozycje światopoglądowe przedstawiane tam są bardzo często nie do zaakceptowania. To dodatkowy, obok względów wewnątrzkrajowych powód, aby nasza reprezentacja była zrównoważona. Bo kompromisy zawierane wewnątrz Platformy bardzo często są przyjmowane jako stanowisko do zaakceptowania przez większość rodaków.
Jako polityk Platformy nie kryłem nigdy swoich poglądów. Nie mogę patrzeć na to, jak PiS zawłaszcza tradycje nas wszystkich. Jak zohydza to, co jest mu niewygodne: historię Okrągłego Stołu, Lecha Wałęsę czy prezydenta Bronisława Komorowskiego. Nie godzę się by tradycja Powstań Styczniowego i Warszawskiego oraz Żołnierzy Niezłomnych była historią jedynych dobrych patriotów z PiS-u. Sprzeciwiam się instrumentalnemu traktowaniu środowisk Kresowiaków i konfrontowaniu ich z Bronisławem Komorowskim, który udowodnił w ubiegłym roku, że godne uczczenie ofiar Rzezi Wołyńskiej nie jest sprzeczne z pojednaniem polsko – ukraińskim. Takie upartyjnianie pamięci przez PiS jest sprzeczne z racją stanu, bo dzieli, a nie łączy Polaków. Nie zgadzam się na schizofreniczną politykę Jarosława Kaczyńskiego przeciwstawiania Polski Europie aby, gdy znajdziemy się w potrzebie wzywać Brukselę, Berlin i Paryż na pomoc. Do czego logicznie prowadzi ta polityka pokazał Viktor Orban, uzależniając się od Rosji i de facto akceptując rosyjską agresję na Krymie. Nie chcę Budapesztu w Warszawie. Chcę, aby w stolicy Platforma postawiła tamę propagandzie PiSu i pokazała, jak rzeczywiście skutecznie możemy walczyć o nasze narodowe interesy w Parlamencie Europejskim. Zwrot Platformy w lewo postawi taką możliwość to pod znakiem zapytania.
Nie mam wątpliwości, że PiS będzie dalej dezinformował i straszył Polaków, a jego poparcie w sondażach może spowodować, że dorobek ostatnich lat zostanie zmarnowany. W dodatku wiele wskazuje na to, że chadecka EPP, której członkiem jest PO, może przegrać nieznacznie wybory z socjalistami. Dużo zależy w tym od wyniku Platformy. Nasz sukces w wyborach w Polsce może zaważyć na wygranej chadecji w skali całej Europy. I to jest dodatkowy argument, dlaczego musimy zrobić wszystko, aby wygrać. To właśnie silna pozycja w zwycięskiej dotąd centroprawicowej EPP dała nam sukcesy – wygraną w negocjacjach budżetowych, obronę możliwości wydobycia gazu łupkowego, poparcie dla Partnerstwa Wschodniego. Lewica w PE nie będzie miała żadnej motywacji, by zadbać o fundamentalne polskie interesy, a pomysły, że PO jako partia chadecka może się ścigać na lewicowe propozycje uważam za niewiarygodne i nie gwarantujące sukcesu.
Oferta lewicowa już istnieje. Jest szeroka jak nigdy. Prezentują ją Janusz Palikot i Leszek Miller. Nie potrzebna jest kolejna. Platforma powinna się trzymać swojego miejsca w centrum, aktywnie przekonując wahających się wyborców z pogranicza lewicy i prawicy. Jestem głęboko przekonany, że tylko tak możemy wygrać. Umiejętnością utrzymywania równowagi, zdrowym rozsądkiem i brakiem przechyłów zbudowaliśmy wiarygodność. Nie chciałbym aby ktoś wierzył w sugestie mediów, że PO stawia tak silnie na polityków lewicowych, co mogłoby być odczytane za ostateczny polityczny wybór i zwrot. Poczekajmy na decyzje Zarządu i Rady Krajowej, żeby już dziś nie skręcić w stronę, z której może nie być powrotu.