REKLAMA
Decyzje o lokomotywach Platformy faktycznie rozpoczynają naszą kampanię wyborczą. Ucieszyłem się, że w Warszawie pokazujemy różnorodność i że naszą listę, obok byłej komisarz Danuty Hübner i mnie - polityka centrum patrzącego na prawo, będzie otwierał wrażliwy społecznie liberał, Michał Boni. Mam satysfakcję, że władze PO uznały argumenty za zrównoważoną ideowo listą stołeczną i wierzę głęboko, że zbierze ona najwięcej głosów w całej Polsce. Jednak kampania do Parlamentu Europejskiego toczyć się będzie w szczególnych warunkach konfliktu tuż za naszą granicą, którego konsekwencje dla naszego bezpieczeństwa w przyszłości mogą być groźne. To pierwsze wybory w takim kontekście i nie dziwi, że nie mamy jeszcze wypracowanych na taką okoliczność reguł zachowania. Dotychczasowe doświadczenia są złe. Konflikt polityczny u nas ma charakter totalny, tzn. dotyczy wszystkich bez wyjątku obszarów, z polityką zagraniczną na czele. Różnice, co zrozumiałe, wyostrzały się dotychczas właśnie podczas kampanii wyborczych. To niebezpieczne, gdyż brak woli po stronie opozycji do uzgodnienia wspólnego stanowiska w kluczowych kwestiach osłabiało pozycję Polski. Przy okazji kryzysu na Ukrainie partiom udało się zbudować kruchy kompromis, wspierający stanowisko rządu. To wielka wartość dla Polski i musimy zrobić wszystko, aby tego porozumienia nie zburzyć. Przekonanie to skłoniło mnie do zastanowienia nad tezą, tłumaczącą ostatni spadek notowań PiS-u tym, że Jarosław Kaczyński poparł rząd w sprawie Ukrainy. Nie pisałem o tym wcześniej, ale gdy spostrzegłem, że owa teza od tygodnia rozpycha się na stronach gazet i w programach telewizyjnych, uznałem, że koniecznie trzeba się do niej odnieść.
Jej autorem jest Michał Kamiński, który w wywiadzie dla redaktor Agaty Nowakowskiej stwierdził, że choć PiS dobrze służy Polsce, bo poparł linię rządu wobec Ukrainy, to jednocześnie szkodzi sobie, gdyż traci w sondażach bo przestał się konfrontować z PO i tym samym stając się dla wyborców mniej atrakcyjny. To twierdzenie szybko, po wielokrotnym powtórzeniu, zyskało status prawdy. Tymczasem ja fundamentalnie się z tym nie zgadzam.
Po pierwsze argumentacja, że partia musi się totalnie konfrontować z konkurentami, bo inaczej nie ma możliwości zwycięstwa, nie znajduje w ostatnich latach potwierdzenia w praktyce. PiS, który za wszelką cenę i nie przebierając w środkach dążył do konfliktu i sporu, nie wygrał jedenastu kolejnych wyborów. I nic dziwnego. Polityka to nie wojna. Wyborcy słusznie oczekują współpracy tam, gdzie wymaga tego interes kraju. W Niemczech budowanie porozumienia w Bundestagu jest podstawą kultury politycznej. W Irlandii uzgodnienie programu reform przez główne partie, związki zawodowe i związki pracodawców, pozwoliło zbudować nowoczesną gospodarkę na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. I żeby nie iść za daleko, współpraca wszystkich partii w Sejmie pod koniec 1989 roku pozwoliła przyjąć reformy i stworzyć podstawę pod współczesny sukces Polski. Przykłady można mnożyć.
Po drugie teza ta przeciwstawia partię państwu, zakłada bowiem, że ta pierwsza może korzystać na sprzeciwie wobec sensownej dla Polski polityki. A to już zupełny nonsens. W rzeczywistości jest odwrotnie. PiS traci nie dlatego, że poparł rząd, ale dlatego, że jego dotychczasowi zwolennicy zaczynają rozumieć, że Jarosław Kaczyński totalnie konfliktując się z rządem grał na siebie, a nie na Polskę. I kryzys na Ukrainie pomaga zrozumieć sens dotychczasowych działań PiSu.
PiS przez ostatnie lata uważał, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego jest organem nie mającym żadnego znaczenia dla realizacji polskich interesów i służy jedynie prezydentowi do autopromocji. Aż do czasu walk na Majdanie, gdy Jarosław Kaczyński uznał, że nie może już dłużej jej lekceważyć. Kaczyński pokazał w ten sposób, że jego dotychczasowy spór z Prezydentem miał na celu tylko mobilizację zwolenników PiS. Wyborcy zaczynają to rozumieć i dlatego maleje entuzjazm dla tej partii. A gdyby tak Jarosław Kaczyński zamiast obrażać prezydenta, współpracował z nim gdy wymagał tego interes państwa, nie byłoby obecnie powodu dla osłabienia jego autorytetu. To samo dotyczy wsparcia przez PiS dla polityki rządu w Sejmie i udziału w spotkaniu na temat Ukrainy zorganizowanego przez premiera Tuska. Wyborcy PiSu zobaczyli, co warte były i czemu służyły oskarżenia rządu o służalczość, a nawet agenturalność wobec Kremla.
Nie można totalnie deprecjonować konkurenta, bo gdy przychodzi konieczność współpracy, rzucane wcześniej wobec niego zarzuty zostają zakwestionowane. Czy był sens oskarżania rządu o zdradę interesów Polski przez budowanie dobrych relacji z Niemcami? Gdzie bylibyśmy dziś, gdyby nie polityka zakorzeniania nas w Unii Europejskiej? Czemu służyła teza o Polsce jako niemiecko–rosyjskim kondominium? Czy ktoś może dziś na serio traktować obelgi o „ruskim agencie”? Ale wyborcy sami wyciągają wnioski. I zaczynają rozumieć, że tak naprawdę chodziło o zohydzenie Platformy i jej czołowych liderów. Nie dla interesu Polski, tylko dla niskich korzyści PiSu. Powodów osłabienia pozycji Prawa i Sprawiedliwości należy zatem szukać nie w poparciu ukraińskiej polityki rządu, a w poprzednim totalnym kwestionowaniu jego działań. I w tym, że powody tej całkowitej negacji stają się coraz bardziej oczywiste dla ludzi, którzy są zaniepokojeni o jutro. Dziś rozwój sytuacji zweryfikował polską politykę i pokazał, iż kurs PiSu na konfliktowanie nas z Unią służył jedynie wewnętrznej walce i stał w sprzeczności z interesem wszystkich Polaków – również zwolenników PiS-u.
Racja stanu nie była dla Jarosława Kaczyńskiego ważna, aż do momentu gdy Ukrainie zaczął grozić konflikt zbrojny. Okazało się, że dopiero w takich warunkach PiS jest gotów podjąć dobrą decyzję i wspólnie z Platformą zademonstrować jedność Polski wobec Rosji. Trzeba to uznać i zamiast twierdzić, że decyzja PiS-u jest zła dla partii, choć dobra dla Polski, powinniśmy pokazać, że PiS źle czynił wcześniej i przeanalizować skąd brała się taka postawa. Nie boję się wcale, że chwaląc dobre decyzje PiS automatycznie osłabiam PO. Wierzę w mądrość Polaków i w to, że potrafią docenić mądre i odważne stanowisko polityków. I dlatego nie szukajmy na siłę i nie wytykajmy jako złych decyzji, tych postaw, które zasługują na pochwałę. Choćby dlatego że wsparcie PiS-u nie jest bez znaczenia i nie powinniśmy kategorycznie twierdzić, że skoro PiS przyłącza się do nas to musi stracić. Nie chcę słuchać przy kolejnych wyborach, że wybieramy mniejsze zło. Nie chcę, żebyśmy ścigali się na to, kto bardziej uderzy w konkurencję, tylko na to, kto ma lepszy pomysł dla kraju. Nie oszukujmy się, czasami jest tak, że jest tylko jedno dobre wyjście z trudnych sytuacji i powinniśmy uczciwie mówić Polakom, że właśnie dlatego jesteśmy zobligowani je poprzeć! I wtedy nie ma znaczenia, kto je zaproponował.
