www.pawelzalewski.eu

Epoka spokoju po zimnej wojnie dobiegła końca. Rosyjska agresja na Krymie oznacza coś więcej niż tylko zajęcie tego półwyspu. Cele Putina sięgają jeszcze dalej niż podporządkowanie Ukrainy. Kremlowi chodzi o uzyskanie przewagi potencjału nad Unią Europejską. Chce ją rozbijać i wymuszać korzystne dla siebie rozwiązania szantażem lub przekupstwem poszczególnych państw członkowskich. Czy my, wspólnota zachodnia, jesteśmy zatem bezbronni wobec konsekwentnej polityki agresora? Nic podobnego!

REKLAMA
Już kilka lat temu eksperci zdali sobie sprawę, że model rozwoju Rosji polegający na ściąganiu nowoczesnych technologii w zamian za środki uzyskane ze sprzedaży surowców naturalnych zbankrutował. Rosja się nie zmodernizowała, za to ekstensywny rozrost gospodarczy oparty na gazie i ropie wzmocnił system autokratyczny. Z drugiej strony, Unia Europejska integruje się coraz bardziej i zaczyna przeciwstawiać się rabunkowej eksploatacji jej środkowoeuropejskich członków przez Kreml. Wszczęcie postępowania antymonopolowego wobec Gazpromu i zakwestionowanie podstawy prawnej dla budowy South Streamu, oraz budowa połączeń systemów gazowych to najbardziej wymowne przykłady na zaostrzenie kursu. Kontynuowanie takiej polityki przez UE wystawia Gazprom na konkurencję w innych obszarach, co oznacza radykalne obniżenie jego dochodów. A dochody Gazpromu to jedyne pewne bogactwo Rosji. Dlatego Kreml przystąpił do kontrofensywy. Musi uzyskać przewagę, aby przestraszyć i rozbić Unię Europejską. Temu ma służyć zbliżenie się do jej granic na wschodzie poprzez zwasalizowanie Ukrainy i umieszczenie na jej terytorium swoich wojsk, podobnie jak miało to miejsce na Białorusi. Taki jest też cel potężnego rosyjskiego programu zbrojeń, podczas gdy państwa europejskie, poza Polską i Norwegią, ograniczają swój potencjał militarny.
Pisałem o tym już w 2010 r., ale po aneksji Krymu temat wrócił z podwójną siłą. Rosji nie pozostały już inne instrumenty wpływu poza groźbami i destabilizacją sytuacji w krajach ościennych. Dziś służy do tego mniejszość rosyjska, jutro do szantażu wystarczą być może rzekome nastroje antyrosyjskie.
Na naszych oczach zmienia się charakter stosunków międzynarodowych w Europie. Z partnerskich przekształcają się w konfrontacyjne. Na razie w ofensywie jest Kreml. Wczorajszy szczyt Rosja - Unia Europejska jest historyczny dlatego, że jego efekty będą prowadziły do znalezienia odpowiedzi na agresywną politykę Kremla. W dłuższym okresie kluczem do przeciwstawienia się putinowskiej polityce jest zwiększenie integracji transatlantyckiej, w krótszym zapewnienie Europie bezpieczeństwa energetycznego. Odpowiedzi na obie te kwestie udziela negocjowany od roku układ o Transatlantyckim Partnerstwie w Dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP). Jego efektem będzie stworzenie nie tylko strefy bezcłowej, lecz przede wszystkim harmonizacja standardów jakości, bezpieczeństwa produktów, usług itp, itd. Doprowadzi to do powstania wspólnego obszaru gospodarczego obejmującego 50 procent światowego PKB.
Transatlantycka integracja gospodarcza, obok stworzenia motoru światowej gospodarki, pogłębi podstawy funkcjonowania NATO, które w ten sposób przestanie być jedynie wspólnotą interesów geopolitycznych. Szersze więzi ekonomiczne zbudują silniejszą wspólnotę polityczną, dodatkowo urealniając wzajemne zobowiązania w zakresie bezpieczeństwa. Na taką Europę Kremlowi trudno będzie wywierać wpływ. Odwrotnie, Rosja może z nami współpracować – wówczas wszyscy skorzystamy. Jednak aby tak się stało, musi przyjąć standardy i wartości cywilizowanego świata. A wśród nich nie ma miejsca na agresję zbrojną, korupcję i majątki zbijane kosztem społeczeństwa. Kreml może dalej bawić się w zimną wojnę, zamieniając kraj w postsowiecko - korupcyjny skansen, którego jedynym argumentem w relacjach ze światem będzie bomba atomowa. O „broni gazowej” może zapomnieć, o konkurencji w innych dziedzinach gospodarczych nawet teraz nie ma mowy. Warto tutaj wyraźnie podkreślić – TTIP nie jest inicjatywą antyrosyjską. Antyrosyjska jest polityka Kremla, spychająca ten potężny kraj na margines historii.
Proces budowy wspólnego transatlantyckiego rynku będzie trwał lata. My potrzebujemy szybszych rozwiązań. Dlatego tak ważnym problemem jest ujęcie w TTIP kwestii współpracy energetycznej. Chodzi tu o przyznanie przez amerykańskiego regulatora międzynarodowym obrotem paliwami prawa do eksportu do Unii gazu pochodzącego ze złóż łupkowych. Wymaga to oczywiście stworzenia odpowiedniej infrastruktury w portach amerykańskich, ale w przypadku powodzenia negocjacji jest to możliwe w ciągu najbliższych lat. Podnosiłem ten temat już rok temu w trakcie delegacji Komisji Handlu Międzynarodowego Parlamentu Europejskiego w Waszyngtonie. Nasi rozmówcy w Kongresie i administracji amerykańskiej byli na to otwarci. Teraz wszystko zależy od przywództwa po obu stronach Atlantyku.
Pojawienie się USA jako dostawcy oznacza co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, zwiększenie podaży spowoduje spadek cen błękitnego paliwa. Nie będzie to spadek do obecnego poziomu cen na amerykańskim rynku wewnętrznym. Niemniej każda obniżka kosztów jest korzystna dla europejskiego przemysłu. Z kolei dla Rosji oznacza to konieczność zmiany dotychczasowej polityki opierania finansów państwa na „rencie węglowodorowej”.
Po drugie, zwiększenie podaży amerykańskiego gazu w Europie przybliży nas do celu, na którym został oparty pomysł na europejskie bezpieczeństwo energetyczne - do stworzenia prawdziwie wolnego rynku gazu ziemnego w UE. Rozbudowa odpowiedniej infrastruktury europejskiej (przede wszystkim gazoportów) pozwoli na autentyczną dywersyfikację dostaw gazu i urynkowienie jego ceny. Z kolei z perspektywy Rosji oznacza to upadek dotychczas obowiązującego modelu „geopolityki gazociągowej”.
Otwarcie eksportu gazu z łupków z USA do Europy i uniezależnienie jej od Gazpromu to dla Władimira Władimirowicza Putina największy koszmar. Rysuje to kontekst negocjacyjny, którego zrozumienie jest istotne, gdyż umowa ma swoich ważnych przeciwników. W Parlamencie Europejskim należą do nich moi przyjaciele, z którymi doprowadziłem do obalenia ACTA w Komisji Handlu, a w konsekwencji w Parlamencie Europejskim. Słusznie obawiają się oni szpiegowania Europejczyków przez agencje wywiadu USA. Unia nie może pozwolić na taki proceder. Dlatego niezbędne będzie znalezienie takich rozwiązań w umowie, które zapewniają bezpieczeństwo naszych danych osobowych. Szczęśliwie negocjacje prowadzone przez Komisję Europejską, dzięki Traktatowi Lizbońskiemu monitorowane są nie tylko przez Radę, ale także przez moją komisję w PE. Daje to nam instrument wpływu i kontroli, z którego od początku korzystamy. Jeżeli zostanę wybrany na następną kadencję, będę jednym z tych, którzy nie dopuszczą do zawarcia porozumienia bez klauzul zapewniających ochronę danych. Jednak dla mnie ważne jest, aby afera Snowdena była dopingiem znalezienia rozwiązania, a nie pretekstem do utrącenia umowy.