Warszawa to duże, ale niezbyt piękne miasto, w którym nie ma chyba dzielnicy niezamieszkanej przynajmniej w małym stopniu przez tępe, agresywne ryje, chodzące przeważnie w dresach. To jednak nie z nimi stolica ma problem. Problemem miasta stołecznego, i to nie byle jakim problemem, są te okropne klubokawiarnie.
REKLAMA
Najpierw zabrali koncesję na alkohol Chłodnej 25. Teraz przymierzają się do Warszawy Powiśle. Pewnie było jeszcze parę innych takich sytuacji. Nie wiem, w trosce o zdrowie psychiczne wolę nie śledzić lokalnych doniesień. Ale niektóre same się donoszą. (Życzliwie.) Nawet w tym momencie przypomina mi się - jakaś szarpanina? bójka? - pomiędzy muzykami a strażą miejską w którejś knajpie na Saskiej Kępie... No nic. Nie będę bójek googlować. Są sprawy ważniejsze.
Jak wiadomo, życie nocne wielkiego miasta ma to do siebie, że nie kończy się o 22.00. Wiedzą to Berlin, Tel Aviv, Nowy Jork. Wie to Kraków. Warszawa wiedzieć nie chce. Bo sąsiedzi. Że hałasy. Że brud. Odwieczna wojna. Po meczach piłki nożnej też często jest syf, ale nikt nie chce zamykać stadionów. Ludzie mieszkający przy kościołach narzekają, że budzą ich codziennie rano dzwony. Ale nikt nie chce zamykać kościołów. Życie jest piękne. Świat jest wolny. Oprócz hałaśliwego ze swej natury Śródmieścia stolica oferuje cichą zieloną Białołękę. Można się przeprowadzić i żyć, nie umierać.
Zresztą, tu nie chodzi o sąsiadów, którzy mają prawo narzekać. Tylko o miasto, które powinno prowadzić określoną politykę. Co jest priorytetem? Wieżowce i podwodne stacje metra? Praca, dom, praca, dom, praca, dom, przedszkole, fitness, raz w tygodniu lunch u Gesslerowej? Czy jednak stawiamy na ożywienie obrazów dojmującej rozpaczy, do których dworzec PKP Powiśle, jak każdy dworzec PKP, zaliczał się przed jego rewitalizacją. Na młodych ludzi, na turystów, którzy przyjeżdżają tutaj i mówią "może to jest dziwne, że trzeba przejść od pociągu do metra dobrych kilkaset metrów w szczerym polu, ale jak trafiłem wieczorem na imprezę, bawiłem się najlepiej na świecie i wiem, że tutaj jeszcze wrócę". I to nie jest, proszę państwa, konfabulacja, tylko autentyk. Kiedyś poznałem w Wiedniu pewnego młodego mężczyznę, który odwiedził Warszawę i zachwycił się nie Traktem Królewskim, nie Pałacem Kultury ani nawet - co już karygodne - nie Hanną Gronkiewicz-Waltz, tylko knajpianymi pawilonami na Nowym Świecie. "Niedaleko tej palmy".
Jednym słowem, droga Warszawo, przydałby się czytelny komunikat: czy młodzi, energiczni, chcący coś robić, ożywiać miejską przestrzeń, aktywizować ludzi - czy oni wszyscy mają tutaj zostać i działać dalej? Czy jednak wypierdalać?
Pamiętam sprzed kilku lat artykuł "Kraków zdycha" (chyba w nieistniejącym już "City Magazine"), który alarmował, że artyści z Krakowa wyjeżdżąją, kluby zamykają i ogólnie ciemna mogiła. Teraz, kiedy przyjeżdżam do Krakowa, mam wrażenie, że jest dokładnie na odwrót. To miasto żyje, pięknie żyje. Nie chce się stamtąd wyjeżdżać. I nie o to chodzi, że skoro mi się nie podoba w Warszawie, to mam wracać do siebie na wiochę. (Pozdrowienia dla "prawdziwych warszawiaków"). Krytykuję, bo mi zależy. Bardzo chciałbym kiedyś chcieć wracać do Warszawy. Tu jest ten ból.
