Linie podziału w Ich muzyce po raz pierwszy są tak widoczne. Od dawna piszę-mówię, że gra się totalnie. To znaczy, że zacierają się podziały na style i gatunki, a różnorodność inspiracji podkreślona niesamowicie mocną sekcją w połączeniu z bazą - którą stanowi raz rock, raz jazz, raz określana mianem alternatywy elektronika albo dowolnie inny styl - oraz z techniką i indywidualnością twórcy dają osobliwą formę określającą i odróżniającą artystów. Pink Freud był tego najlepszym przykładem. Najnowszy materiał przygotowany na płytę, która ukaże się 15 maja 2012, przeczy temu, choć wciąż potwierdza tezę. A to dlatego, że można stwierdzić, kiedy grają muzykę improwizowaną, kiedy rockową, kiedy popowo tworzą melodyjkę. I nie ma w tym nic zaprzeczającego wyjątkowości czy genialności zespołu.
której błędy odczuwalne są od razu, rażąc niemiłosiernie. Trzeba
zupełnego szaleństwa bądź pewności siebie, by oddać każdy gatunek w
jego postaci, łącząc go w sposób płynny z następnym, do tego bawiąc
się konwencją tego połączenia. Co do zabawy, w przypadku Pink Freud to
odwołanie do niepowtarzalnych emocji zapamiętanych z dzieciństwa, z
lat młodzieńczych. Nie rozpatrując tego głęboko, nie czując się
kompetentnym, mogę jedynie spytać, kiedy i dlaczego pojawia się
potrzeba odwzorowania tego, co w nas przetrwało? Wydaje się
oczywistym, że sprzyja temu czas zakochania. To jedynie przykład. Z
innej strony jest to zapewne chęć i zdolność artystycznych poszukiwań.
Na pewno nie kryzys twórczy, biorąc pod uwagę, jak wiele trzeba mieć w
sobie doświadczeń, jak bardzo wykształcić swoje podejście do dźwięku,
melodii, improwizacji, by znowu stając się chłopcem, uniknąć bycia
śmiesznym. Balansowanie obarczone jest nie tylko ryzykiem, ale wręcz
pewnością, że będą momenty szczerego przeniesienia się w stan miniony,
co może wywołać niezrozumienie. To jak Im się udało tego uniknąć?
Pomogła muzyka. Obraz chłopców szalejących w krótkich spodenkach na
scenie - z najbardziej żywiołowym, typowo rockowym Wojtkiem
Mazolewskim - nie zajmował tak bardzo, by muzyka nie stanowiła
pierwszego planu. A ona się zmieniała. Na początku zwyczajnie słodkie
melodyjki. Potem oryginalne improwizacje jazzowe: odkrywające
niesamowite pomysły, czym może być bas, czym eksperyment, jak nie
zagubić delikatności trąbki w morzu elektroniki świdrującej w głowach
masakrującą częstotliwością - to wręcz "japońskie harakiri" (ale
przecież właśnie stamtąd wrócili) - pokazujące, jaką energię można
wyzwolić z perkusji, czy w końcu z saksofonu, który chwilę później
doskonale zastępuje ostrość gitary w hardrockowym utworze. Na koniec
punkowo i wokalnie. Głowa boli od tej różnorodności - nie to, bym
narzekał :)- i cieszy dopracowanie każdego szczegółu.
Życzę wszystkim takiego profesjonalizmu przy zachowaniu żywiołowości i
szczerości wypowiedzi. Nie musicie brzmieć brudno, bez wyrazu,
zamazanie. A tym bardziej nie musicie być "chaosem" tworzącym ścianę
dźwięków. Nie musicie bać się czystej formy muzycznej. Pamiętajcie
jedynie, że ona obnaża Was jako muzyków. Kto się boi, niech wkłada
krótkie spodenki i niech się potem "nie maże":) .
a Wojtek Mazolewski obiecał, że przeczyta i odpisze:)
