Wiem, że wielu ma problem z takimi płytami. Niby do niczego nie można się przyczepić, jednak za każdym razem się zastanawiają, czy słuchana muzyka nie pachnie za bardzo rodzimą produkcją. Wychodzą bowiem z założenia, że nikt nie zagra tak samo doskonale danego stylu, jak muzycy, którzy naprawdę go stworzyli (specjalnie nie wymieniam gatunków muzycznych, do których mogłyby się odnosić powyższe obawy, aby pozostać przy reggae i jazzie, czyli najnowszej płycie Lion Vibrations). Panie i Panowie, oto Lion Vibrations & Friends, w sam raz na prezent pod choinkę:).

REKLAMA
Siedzą więc malkontenci i słuchają. I mówią: niby wszystko się zgadza, ale na pewno zabrzmiałoby o wiele lepiej, gdyby nagrali ten album jamajczycy albo muzycy amerykańscy.
W wielu przypadkach mógłbym przyznać im rację, ale nie tym razem.
logo
Płyta Lion Vibrations & Friends stanowi hołd złożony mistrzom wymienionych rodzajów muzyki. Genialne kompozycje, jak chociażby Work Song, Sing Sing Sing, Softly, as in a morning sunrise, Moanin', czy Take 5, stanowią wręcz kroki milowe w historii muzyki. Chyba nie muszę wymieniać nazwisk ich twórców, bowiem większość z tych utworów cieszy się nadal popularnoscią.
Zresztą, między innymi o tym, a także pozostałych członkach zespołu Lion Vibrations rozmawiam z Adamem Baronem:
Jak daleko jest muzyce jazzowej do reggae? Jak się okazuje, choć rzeczywiście stanowią odmienne światy, bliżej niż nam się wydaje. Przyznam, że od pierwszego przesłuchania byłem niezwykle pozytywnie zaskoczony wersjami kolejnych utworów. I choć nie jestem totalnym miłośnikiem polskiego reggae (dla jasności, nie jestem też negatywnie nastawiony do takiego grania), nie odczuwałem jakiegokolwiek dyskomfortu, bawiąc się doskonale i odkrywając na nowo poszczególne kompozycje.
Tak, najpierw poczułem zaskoczenie, słysząc, jak zagrali tak wielkie szlagiery światowej muzyki, a potem niezauważalnie zacząłem dojrzewać do myśli, że poszczególne ich wersje są naprawdę niezmiernie oryginalne.
Zapewne to efekt doskonałych proporcji pomiędzy elementami jazzowymi, a użytymi rytmami reggae. Myślę, że niesamowite znaczenie ma także brzmienie tej muzyki, odwołujące się do kultowych, amerykańskich produkcji jazzowych.
Ważne jest również napisanie do kilku utworów polskich tekstów, choć przyznam, że w pierwszej chwili uznałem ten zabieg za bardzo ryzykowny, w myśl stwierdzenia, że "zbyt wiele grzybów w barszczu" zazwyczaj się nie sprawdza, a język polski zbyt często osłabia wartość genialnych przebojów.
Tymczasem się okazało, że wymienione elementy stanowią spójną całość, w której jakikolwiek podział na style czy gatunki muzyczne nie ma żadnego znaczenia (nie powiem, że zupełnie się zaciera, gdyż raczej polega to na perfekcyjnym wyznaczeniu im granic).
Tak tworzy się współczesną muzykę rozrywkową - pomyślałem, włączając ponownie album Lion Vibrations & Friends.
Z każdym przesłuchaniem coraz bardziej zaczęło mi się wydawać, że przenosi mnie w czasie. Jakbym docierał do emocji, które towarzyszyły powstawaniu tej muzyki przed laty. Nie, nie zatracałem przy tym kontaktu z rzeczywistością, odkrywając przy tym, jak niezmiernie współcześnie potrafi ona zabrzmieć na tej płycie.
W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu się zastanawiać, jak to się dzieje, że osobliwość tych nowych, właśnie poznawanych wersji znanych utworów, w jakiś przedziwny sposób zachowuje prawdziwą ich istotę. Po prostu słuchałem, aby w konsekwencji zrozumieć, że...
... mamy do czynienia z płytą rozrywkową, mogącą zadowolić wielu słuchaczy, o różnych zainteresowaniach.
Jasne, że nie wszystkich, ale w końcu Lion Vibrations & Friends jest projektem wysublimowanym, co znaczy, że na najwyższym poziomie, a nie schlebiającym gustom, czy ulegającym powszechnie panującej modzie.
A gdyby ktoś jeszcze nie był przekonany, zapraszam do moich audycji:).

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?