Czy potrzebna jest orkiestra w muzyce jazzowej? A może właściwiej byłoby odwrócić pytanie, czy orkiestrze nie przeszkadza zwykłe trio jazzowe, powołane do życia, by improwizować, zapełniać przestrzeń pojedynczymi dźwiękami? I tu pojawia się nazwisko: Leszek Kułakowski.

REKLAMA
Pojedyncze dźwięki, jak je "opacznie" określiłem, same w sobie stanowią prawdziwą paletę barw i emocji, na dodatek czerpiących najwięcej, jak się zdaje, ze swoistego rodzaju niedopowiedzeń, skojarzeń, uzupełniania siebie podczas rozmowy.
Czy w takim razie orkiestra staje się takim dopełnieniem, co zaprzecza idei tria jazzowego? Nie w tym przypadku. Przypomnę, że piszę o Leszku Kułakowskim, mistrzu improwizacji, współczesnym "wizjonerze jazzu".
"W swojej twórczości kompozytorskiej zafascynowany jest jazzem traktowanym jako tworzywo uniwersalnej narracji muzycznej".
Jeśli nawet się zgodzę z tym stwierdzeniem, nadal będę twierdził, że owa narracja szybko staje się konwersacją pozbawioną jakichkolwiek znamion rozmowy z mistrzem, a prowadzoną z każdym, chcącym eksperymentować. Takiego Leszka Kułakowskigo poznałem podczas rozmowy na temat improwizacji jazzowej, takiego usłyszałem na wcześniejszych płytach.
Wracając do pojęcia rozmowy, trzeba pamiętać, że odbywa się między trzema idealnymi muzykami, rozumiejącymi siebie, znającymi materię i swoje intencje, w końcu obdarzonymi niesamowitymi możliwościami twórczymi.
Dyskutują ze sobą, wciągając słuchacza, któremu niepotrzebne są informacje w jakim miejscu się znajduje, gdyż całym sobą przeżywa ich granie, bardziej bądź mniej świadomie skupia na swojej wrażliwości. Może później zapyta, skad się to wszystko w nim bierze, skąd taka w nim zwykła, jak się zdaje, potrzeba otaczania się pięknymi rzeczami, ale dopiero potem...
Tymczasem orkiestra mogłaby zabrać poczucie intymności, oddalając ochotę zadawania pytań i szukania odpowiedzi, pochłaniając swoim rozmachem i przenosząc w zupełnie inny świat, wręcz kompletny, wymarzony, w którym od razu można się poczuć doskonale, bardziej zachwycając niż zastanawiając nad istotą piękna, albo burząc w człowieku wszystko swoją nowoczesną formą.
Ale od czego mamy Leszka Kułakowskiego.
"Jest jednym z niewielu kompozytorów na świecie, łączącym jazz z muzyką artystyczną, tzw." Third Steam", stanowiący trzon jego zainteresowań".
Do tego nurtu zaliczyć trzeba nie tylko ostatnie jego dzieło. A wszystkie określają znakomicie istotę "muzyki artystycznej".
Nowa płyta Leszka Kułakowskiego składa się z dwóch części: Piano Concerto i Sketches for Jazz Trio & Symphony Orchestra.
"Piano Concerto" skomponował na zamówienie 40 Festiwalu Pianistyki w Słupsku, ale co ważniejsze, zadedykował swojemu bratu, znakomitemu pianiście Bogdanowi Kułakowskiemu.
Pierwsze wykonanie odbyło się 10 września 2006 roku, z udziałem samego Bogdana Kułakowskiego, któremu towarzyszli filharmonicy gdańscy pod dyrekcją Michała Nastarowicza.
Bardziej skupiając się na "Sketches for Jazz Trio & Symphony Orchestra"...

Nawet, gdy orkiestracją buduje napięcie, zostawia miejsce na nasze zastanowienie czy choćby dygresję w rozmowie, która trwa przez cały czas, przedziwnie określona swoim miejscem, co jednak nie przeszkadza, a dodaje tym razem znaczenia, jakbyśmy mieli odkryć jeszcze inną, wcześniej nie widoczną płaszczyznę zrozumienia.
A przecież perfekcyjnie ułożoną narracją od "Prestissimo" po "Presto" nie pozostawia czasu na rozważania, nie mówiąc tworzenie własnego obrazu tej muzyki. Jakby nasz osobisty odbiór był już wpisany w wielość odczuć, jakie ma nieść ze sobą "Piano Concerto i Sketches for Jazz Trio & Symphony Orchestra". Jazzowe trio tworzą: Leszek Kułakowski - fortepian, Jacek Pelc - perkusja, Piotr Kułakowski - kontrabas.
Z tego wszystkiego można wysnuć wniosek, że perfekcyjnie potrafi łączyć wiele różnych elementów w spójną formę muzyczną. A jeśli nie łączy, a odwzorowuje skrajności, których pełno w otaczającej nas rzeczywistości? I na tym polega harmonia, która nas nie dziwi, bo przecież ją znamy z życia codziennego. Tak, tak...na dodatek zachwyca swoim wyrazem, choćby dlatego, że wcześniej tak jej nie postrzegaliśmy. Z braku czasu, albo innych przyczyn, czasami zupełnie od nas niezależnych. Zupełnie?..