O autorze
Kocham muzykę (jazz,soul, funky, blues,rock, pop).
Kocham radio (od wielu lat pracuję w Radiu Łódź).
Teraz też kocham blogować (zapraszam także na Ether Jazzu).

Kuba Stankiewicz w określonej przestrzeni, ale bez granic...

Kuba Stankiewicz zadebiutował w 1993 roku, a jego płyta stała się wręcz kultową dla wielu wyznawców jazzu. Od razu została okrzyknięta nagraniem roku. To może nie dziwić, bowiem takich początków było wiele w historii muzyki, jednak dźwięki "Nothern Song" rozbrzmiewają do dzisiaj, odtwarzane z płyt, a co ważniejsze, w wyobraźni poruszonej 19 lat temu, choć przecież zmieniały się wielokrotnie przestrzenie, punkty odniesienia, nasze preferencje czy wysublimowane potrzeby.




A przestrzeń już w tytule nowej płyty Kuby Stankiewicza...
Kolorowe fragment spadają bezwładnie, porozrzucane w powietrzu. Spokój wody, dalej skalistość pagórków i szczytów coraz wyższych. Stajesz twarzą w twarz ze swoim widokiem za oknem. Dla nas polskość, przypominająca, że jesteśmy romatykami, mamy romantyczne tradycje, które w dalszym ciągu potrafią nas kształtować. Dla niego zupełnie inny krajobraz, z taką samą jednak tęsknotą. Za Polską?




Zniknął z naszej sceny muzycznej tuż po wydaniu pierwszej płyty. Wyjechał do Grazu w Austrii, gdzie zaczął wykładać na jednej z najbardziej prestiżowych uczelni w Europie. Nie można jednak powiedziec, że słuch o nim zaginął, o nie...
Kolejne lata przemjały, a stamtąd wciąż docierały znajome dźwięki, przypominające o nim, nawet jeśli grane przez nieznane nam postaci.


Pianistyka polska, w tym jazzowa, stanowi oddzielną dziedzinę do ciągłego opisywania.
Kuba Stankiewicz to odrębny rozdział. Gra miękko, delikatnie, pewnie stawiając akcenty. Myśli melodią, podporządkowując jej technikę, zapewne już podczas komponowania, ale słychać to także w improwizacji, która zdaje się stanowić opis miejsca, ewentualnie zarys jakiś zdarzeń, do których każdy powinnien dopisać swoje emocje. Prawda jest taka, że wydobywa z nas całą prawdę, bo sam się temu w pełni oddaje. Jakbyśmy wciąż byli niepoprawnymi marzycielami...




I tak jest na jego najnowszej płycie. Dysponując dojrzałością, popartą wciąż doskonałą techniką, do tego wizją, czy choćby zwyczajnym wyobrażeniem, a także paletą odczuć pomiędzy dźwiękami, pokazuje nam, że piekno istnieje w niezmienionej formie, bez względu na dystans do świata i ludzi. I jeszcze raz to piękno opisuje, podarowując, jak na pocztówkach wysłanych z kikoma słowami.

Wracając do myśli o tęsknocie. Wyjechał - to prawda. Ale przecież był taki moment, w którym przypomniał o sobie pieśniami Chopina, nagranymi z Ingą Lewandowską. Oddając swoją interpretacją wszystko, co najbardziej cenne, tradycyjne, nasze w romantycznej muzyce. Jeszcze raz ukazując chwile zapisane w wierszach poetów rozkochanych w stagnacji kilku drzew na porzuconym polu, poruszonych widokiem pierwszych świateł na rogatkach miasta, odsłaniających bliskość, do której podążamy...
Mogło się wydawać, że wróci już wtedy, że będzie nagrywał następne płyty. Po raz kolejny pozostało czekanie.



I oto Kuba Stankiewicz wreszcie z nową płytą "Spaces". Nadal twierdzę, że wciąż pobrzmiewają jego utwory z debiutanckiego krążka, więc nie był zapomniany. Czy jednak zaskakuje, że właśnie teraz, i że wreszcie coś nagrał? Każdy musi sobie odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo wierzył, że kiedyś tak się stanie. Myślę, że wielu czekało.
Nie zaskakuje formą swoich utworów. Jest charakterystyczny, rozpoznawalny, ale słychać także, jak wielu rzeczy doświadczył, dopracowując w najdrobnieszych szczegółach sposób ich zobrazowania, rozpisując wszystko na zespół, w którym oprócz niego grają: Maciej Sikała - saksofony, Wojciech Pulcyn - bas, Sebastian Frankiewicz - perkusja.
Nie musiał za wiele im tłumaczyć i nie chciał, co można odczuć - prawdziwe mistrzostwo miejsca, przestrzeni i czasu.
A ta dzisiejsza przestrzeń dla wielu, jak się tak patrzy na te spadające kształty z kolorami, jak się słucha jesiennych tytułów, następujących po sobie od "Spadku" przez "Winter Song", "Novmber Sun", po "Braveheart"...