Nie będę się przywiązywał do tytułu "Steps", choć możliwe, że byłoby to chwilami zabawne, gdybym opisywał krok po kroku odkrywanie kolejnych fragmentów tej płyty, z perspektywy wielokrotnego słuchania. Bo tak, album odebrałem wczesnym świtem, w drzwiach mojego domu, z pytaniem, czy pan się nazywa... i odpowiedzią, że chyba tak. Po włączeniu, otwierałem ponownie drzwi wejściowe, przepraszając, że gałka głośności się przekręciła nie tak, jak trzeba. Oni właśnie tak grają. To znaczy grają, jak trzeba! Tylko sterują naszymi emocjami nie tak, jak byśmy chcieli. Niby jest ich dwóch, a ganiają nas po pokoju, jakbyśmy szukali jeszcze innych dźwięków. A ich tam nie ma, bo miało nie być. To nasza wyobraźnia znowu się zapomniała. I proszę mi wierzyć, opisując poszczególne momenty poznawania tej muzyki, za każdym razem mógłbym dojść do tego samego spostrzeżenia. Jego sens można wyrazić krótkim zdaniem, że chociaż wiemy, czym jest improwizacja, to nadal się okazuje, że może przyjmować formę, w której zagubimy się momentalnie. Nawet wtedy, gdy niby nic w niej odkrywczego. Najprościej mówiąc, gdy stanowi po prostu zwyczajną rozmową pomiędzy Dąbrowskim a Soreyem.
Wydał trzy albumy: That/Not, Koan i Oblique. Występował z muzykami, których nazwiska stanowią o współczesnej muzyce jazzowej. Wadada Leo Smith, Steve Coleman, Joey Baron, Muhal Richard Abrams, Pete Robbins, Vijay Iyer, Dave Douglas, Butch Morris, Sylvie Courvoisier, Steve Lehman, Anthony Braxton... chyba nie wszystkich wymieniłem, ale przynajmniej wykazałem, jak wielkie znaczenie ma Tyshawn Sorey dla współczesnej muzyki jazzowej.
Może chcą mnie zmylić, a tak naprawdę sami czują swoją niedojrzałość, do której nabierają dystansu w trakcie improwizowania, by wreszcie osiągnąć więcej niż zadawalający stan skupienia i perfekcji?
Wracając do myśli o ganianiu słuchacza po pokoju w poszukiwaniu dźwięków, których na tej płycie nie ma - gdyż przypomnę, że grają zaledwie w duecie - proszę mi wierzyć, że rozproszenie myśli może być o wiele większe, bowiem natychmiast rodzi się następne pytanie, czy rzeczywiście trzeba zastanawiać się nad tym, czy może lepiej konsekwetnie skupiać się tylko na muzyce.
Właśnie ten moment opisałem na początku. Takiego nagłego przebudzenia i szukania po całym pokoju czegoś osobistego, gdyż mamy świadomość, że teraz by nam się przydało. Niestety nie wiemy, gdzie odłożyliśmy wczoraj, więc...
Wiemy, że słyszeliśmy wiele razy takie improwizowanie, jednak nie potrafimy nazwać każdego elementu, albo czegoś nam w nim brakuje.
Aż chce się słuchać. Dąbrowski swoimi barwami, ich zmiennością i wielokrotnością, oddaje prawdziwe rozmażenie, które niezaprzeczalnie staje się coraz bardziej odczuwalne z każdą piosenką. Wystarczy potem wrócić do słuchania płyty, aby zauważyć, że gra w ten sposób od pierwszego utworu, jedynie zmienia stopniowo nasycenie emocji, pokazując ich więcej i więcej w miarę jej trwania.
Sorey przemierza cały swój zestaw perkusyjny, a nawet wybiega poza jego możliwości, choć się wydaje niemożliwe zawieszenie w takiej przestrzeni, nie mającej podstawy ani w talerzach, ani w ustawionych wokół niego bębnach. Nie oznacza to jednak, że zapomina się zupełnie w tym graniu, sięga za daleko i wraca natychmiast, zanim coś się stanie. Chyba dopiero tam znajduje melancholię trębacza, którą zaraz opisuje dźwiekami. W istocie, nie przekrzykują się nieustannie, nie dopowiadają czy przekomarzają, raczej dążą do odczuwania siebie nawzajem. Zachwycające jest zakończenie, w którym mają pewność, że tak miało to zabrzmieć.
Ech, ale to by oznaczało, że na nic to moje pisanie.
Mogę nawet podejrzewać, że Dąbrowski z Soreyem nie dają szansy, aby ktoś nie zadał sobie tych właśnie pytań podczas słuchania. Ciekawy zabieg, dzięki któremu trzeba to zrobić nie raz, a wiele razy.
Ciekawy zabieg... tak czy inaczej, życzę każdemu takiego partnera do rozmowy i takich rozmów, choćby czasami:).
