Rafał Wolski to młody chłopak obdarzony ponadprzeciętnym, jak na polskie podwórko, talentem. Wydaje się być grzeczny, ułożony. Jego twarz jeszcze nie zdążyła zagościć na rozkładówce „Faktu”. Wystarczyło jednak parę błyskotliwych dryblingów i dwie czy trzy piękne bramki, aby media siłą zaciągnęły go na piedestał. I ciągną go, i ciągną za sobą, obijając o wszystkie napotykane po drodze przeszkody.
REKLAMA
Bezpośrednim zapalnikiem do przemyśleń na jego temat jest artykuł zamieszczony na łamach serwisu Sport.pl. Czyta się go jak laurkę, do której doklejony jest jeszcze lizaczek w kształcie serduszka. Fakt, że to tekst sponsorowany, niczego w zasadzie nie zmienia. Młodego Wolskiego określa się mianem „nowej gwiazdy polskiej piłki”. Z kolejnymi linijkami robi się jednak coraz bardziej słodko. Czytamy, że jest polskim odpowiednikiem gwiazd Barcelony – Xaviego i Messiego. Jego roczny pobyt w pierwszym zespole Legii nazywa się „wielką karierą”.
W innym tekście jakiś polski scout Blackburn mówi z kolei, że Wolski już teraz, z miejsca, poradziłby sobie w Premier League.
Litości…
Gwiazdy polskiej piłki są cztery. Trio z Dortmundu i Wojtek Szczęsny. Bezwzględnie najlepsi w kraju na swoich pozycjach. Kim przy nich jest Wolski? No nikim. Zagrał osiemnaście meczów w lidze, zdobywając cztery bramki. Mówi się o jego transferze do Romy. Na jaką pozycję wcisnąłby go Luis Enrique? Pomocnika? Jasne, ale co najwyżej takiego, który pomaga nie zdobywać bramki, a nosić sprzęt. Pjanić, Totti, Lamela… Wolski? Kiedyś jak najbardziej, ale jeszcze nie teraz.
Właścicieli Legii poniosła radosna fantazja i krzyknęli za niego dziesięć milionów euro. To akurat popieram. Piłkarz jest wart tyle, ile za niego zapłacą. Jeśli jakiś porządny, zachodni klub zobaczy w nim wielki talent, to nie będzie kalkulować. Nawet kwota dziesięciu baniek nie będzie jakoś specjalnie zaporowa. Trzeba jednak mieć świadomość tego, że w Polsce taki Wolski jest tylko jeden, a w Hiszpanii, Włoszech czy Niemczech podobnych mają na pęczki.
Dlaczego Wolski wyrasta na gwiazdę naszej Ekstraklasy? To, że ma wyjątkową smykałkę to jedno. Kolejna sprawa jest taka, że większość polskich ligowców tej smykałki najzwyczajniej nie posiada. Są przeciętni, albo gorzej niż przeciętni. Zderzenie się z inną rzeczywistością już teraz byłoby dla niego bardzo, ale to bardzo bolesne. Śmiem twierdzić, że skończyłby gorzej niż ci, którzy mieli teraz podbijać Bundesligę – Sobiech i Klich.
Kilka błyskotliwych dryblingów i cztery bramki… Właśnie tyle wystarczyło, aby do chłopaka doczepili się przedstawiciele Adidasa, wkręcając go w kampanię reklamową swojego produktu. Niby powinno nas to cieszyć. W końcu rodak, piłkarsko młody, został w jakiś tam sposób doceniony. Kilka dryblingów i cztery bramki… i sam Wolski ma podstawy do tego, aby czuć się prawdziwą gwiazdą, którą rzecz jasna jeszcze nie jest. Może mu to dodać powera i pewności siebie, lecz na równych prawach może też kompletnie zgubić.
Pamiętacie Dawida Janczyka? On też miał być super piłkarzem klasy europejskiej. Poczuł się mocny, chciał zasmakować wielkiej piłki, powąchał trochę pieniądza. I przepadł.
Żeby nie było wątpliwości: nie najeżdżam na Wolskiego. Jego wypowiedzi, w przeciwieństwie do ogólnego wydźwięku artykułu, są pełne spokoju i pokory. Napiętnuję tylko durną postawę polskich mediów, które rzuciły się na tego chłopaka jak hieny i próbują zagłaskać go na śmierć.
Wszystko teraz w jego nogach i przede wszystkim GŁOWIE. Trzymajmy kciuki. Oby okazał się na tyle twardy, żeby wobec natrętnie ciągnących go w przestworza co poniektórych ludzi, pozostał z nami na ziemi.
