Na ogół bitwy polskich drużyn wyglądają jak szczeniackie bójki małolatów. Kopią się po piszczelach, kładą, wymachują rękami, płaczą. Czasem nawet odnoszę wrażenie, że większe emocje, mimo wszystko, czekałyby na mnie pod blokiem. Nie muszę nawet wychodzić na dwór. Wystarczy, że spojrzę przez okno i ciśnienie skacze mi bardziej niż podczas oglądania Ekstraklasy, przy której zresztą nierzadko zasypiam. Serio.

REKLAMA
Gdzieś na uboczu, za górami za lasami, w Górach Świętokrzyskich, (które górami były jakieś milion lat temu, a teraz są nimi już tylko z nazwy) narodziła się prawdziwa drużyna. Mówi się, że żadna materia nie może powstać z niczego. Że potrzebny jest bodziec. Jakaś siła wyższa. Uroczyście obalam ten mit. Korona Kielce przed sezonem nie miała nic. Brakowało pieniędzy, nie było chętnych na poważne zainwestowanie, a sama drużyna przypominała porozsypywane na stu metrach kwadratowych puzzle. Po trenerze Marcinie Sasalu została wypalona ziemia. Trzeba mu oddać, że był niezłym fachowcem i bardzo się starał. Jego drużyna chwilami wygrywała. Pamiętam, że ocierała się nawet o fotel lidera. Nigdy jednak nie prezentowała określonego stylu. Zwycięstwa były męczone i Bóg przyzwalał na nie tak naprawdę chyba tylko dla świętego spokoju. Sasalowi brakowało tego, co jest cechą rozpoznawczą trenera Leszka Ojrzyńskiego – charyzmy.
I tenże trener Ojrzyński, z absolutnej, chaotycznej, porozwalanej po całym województwie rozsypanki, stworzył coś unikalnego i niepowtarzalnego. Wydawać by się mogło, że to banał i truizm. Przecież drużyna to synonim dla każdego klubu piłkarskiego na świecie. Pudło. Całego globu ogarnąć nie jestem w stanie, ale w Polsce, na dzień dzisiejszy, DRUŻYNA, na domiar pisana wielkimi, wyboldowanymi literami, jest tylko jedna.
Nie ma w niej piłkarzy z talentem pokroju Rafała Wolskiego, szybkością Waldemara Soboty czy sprytem Tomasza Frankowskiego. Jest w Kielcach jednak coś, co wyróżnia ich spośród wszystkich. Nawet tych najbogatszych i teoretycznie najsilniejszych. Duch walki i ambicja. Cechy pożądane przez każdego z nas, w dosłownie każdej sytuacji życiowej. Z zawodowym sportowcem, wydawać by się mogło, powinny tworzyć monolit. To, że w rzeczywistości tak nie jest, w każdej kolejnej ligowej kolejce udowadnia nam Korona Kielce. Na przekór wszystkiemu.
Bo, z całym szacunkiem, kto ponadprzeciętny gra w tych Kielcach?
Zbigniew Małkowski, który kiedyś kompletnie spalił się w Feyenoordzie, a potem niespecjalnie radził sobie w Szkocji? Maciej Korzym, na którego barkach do dziś ciąży miano niespełnionego i zaprzepaszczonego talentu? A może Artur Lenartowski, który jeszcze rok temu biegał po trzecioligowych boiskach?
W Koronie nie ma indywidualności. Jest za to kolektyw i to taki z tych nie do powtórzenia. Wszyscy, dosłownie WSZYSCY piłkarze w życiowej formie. Sami znaczyliby niewiele, albo zupełnie nic, ale w grupie, ich zjednoczonej w boju grupie, tkwi cała esencja sukcesu.
Pamiętamy takiego jednego, który w tamtym sezonie był w Kielcach największą gwiazdą. Wydawało się wtedy, że jego odejście jest dla żółto-czerwonych odarciem z ostatniego kompletu bielizny. Przeniósł się gdzieś indziej, bo jego bajońska – jak na warunki Korony – pensja, zbytnio obciążyłaby klubowy budżet. A o obniżce nie chciał nawet słyszeć. Kibice wytykali zarządowi kompletną nieudolność, a decyzja o rozwiązaniu z nim kontraktu, dziś wydaje się strzałem w dziesiątkę.
To teraz ma. Siedemnaście meczów, jedną bramkę i wygodną miejscówkę na ławce rezerwowych Ruchu Chorzów. Panie Andrzeju, Kielce serdecznie pozdrawiają.