„Miss Zombie”: w Japonii nie likwiduje się umarlaka, tylko gwałci
„Miss Zombie”: w Japonii nie likwiduje się umarlaka, tylko gwałci Fot. mat. prasowe

Zombie wywalczył pozycję dominującą w popkulturze: żywe trupy pojawiają się w komiksach, serialach, filmach, książkach, muzyce („Doom and Gloom” Rolling Stones) i grach wideo. Coraz trudniej więc o ich oryginalne przedstawienie, ale „Miss Zombie” udowadnia, że nadal jest na to miejsce.

REKLAMA
Autor, Hiroyuki Tanaka, modeluje na nowo zombie, bo nie stawia go w roli agresywnego mięsa armatniego, tylko… niewolnika. Bohaterka jest w połowie potworem, przez co – o ile karmi się ją owocami i warzywami – nie wykazuje chęci ataku. Trafia do domu pewnej rodziny, gdzie pokornie sprząta, a w zamian otrzymuje przestarzałe jedzenie. Pozbawiona wolnej woli apatycznie wykonuje codziennie te same polecenia i z czasem zaspokaja nawet chucie „pracodawcy”. Dochodzi tym samym do przedefiniowania zombie, podczas kiedy jednostka ludzka z ofiary zamienia się w oprawcę. Umarlak staje się apatyczną i bezwolną namiastką człowieka (ale jednak!), natomiast spokojna i teoretycznie cywilizowana rodzina przystępuje do jego wykorzystywania i upokarzania. Wszystko jest stopniowe: zaczyna się od mycia podłogi, a finałem są gwałty na zombie-dziewczynie. Bez większego zastanowienia, z wyrachowaniem.
Przekaz okazuje się prosty, ale niepokojący: człowiek, jeżeli tylko czuje, że jest bezkarny, chętnie podporządkowuje sobie i, często brutalnie, wykorzystuje innych, będąc coraz bardziej okrutnym w swoich działaniach. I to największa – bo niestety prawdziwa – groza płynąca z tego horroru. Jest ona uwydatniona realizmem filmu. Mamy bowiem do czynienia z powolną narracją i obyczajowym charakterem wykluczającym efektowne sceny akcji. Z kolei dramatyczna warstwa została uzupełniona czarno-białą stylistyką.
Dlatego „Miss Zombie”, mimo otoczki kina grozy, jest przede wszystkim dramatem. Opowiada nie tylko o tym, jak ludzie łatwo zamieniają się w potwory, ale i pokazuje, czym okazuje się utrata samego siebie. Zombie ma bowiem przebłyski tego, kim była dawniej (piękną, radosną i zakochaną dziewczyną), co stanowi ogromną tragedię w obliczu tego, kim się stała – niczym osoba przechodząca transformację w obliczu traumy.
Pewnego rodzaju powrotem do dawnego ja jest dla bohaterki chłopiec mieszkający z wykorzystującymi ją rodzicami. Kiedy została zaatakowana przez zombie była bowiem w stanie błogosławionym. I staje się w pewnym sensie matką dla wspomnianego chłopca, gdy przywraca go do życia poprzez ugryzienie – odtąd nie jego rodzicielka jest dla niego najważniejsza, co ona sama przyjmuje z autentyczną rozpaczą, lecz zombie. Film pokazuje więc, że łatwo stajemy się zakładnikami relacji na linii matka-dziecko – i odwrotnie. Jak słusznie zasugerowano, jest ona związana z wytworzeniem nierozerwalnej więzi w momencie narodzin pociechy. Cały ten dramatyzm nie oznacza jednak, że „Miss Zombie” został pozbawiony humoru. Jest go nawet całkiem sporo. Dominuje w znacznej mierze komizm sytuacyjny, mający na celu rozładowanie dramatycznego napięcia.
Dzieło Hiroyuki’ego Tanaka, zrywając z dotychczasowym modelem, ukazuje zombie oryginalnie i oferuje nietuzinkową, metaforyczną fabułę. Stanowi tym samym doskonałą odskocznię w obliczu kolejnych podobnych produkcji o żywych trupach nastawionych na – nie zawsze ciekawą, jak na przykład w „World War Z” – akcję. Nieszablonowa i zawierająca przesłanie historia, pomysłowa protagonistka i czarno-biała stylistyka sprawiają, że „Miss Zombie” jest filmem wybijającym się poza standardowe kino o umarlakach. A to samo w sobie czyni go godnym uwagi.
Kontakt z autorem:
piotr.burakowski@interia.pl