Quentin Tarantino: buntownik bez powodu
Quentin Tarantino: buntownik bez powodu Fot. Shutterstock

Mając 15 lat został zatrzymany za kradzież książki „The Switch” Elmore'a Leonarda – i po latach na podstawie innego dzieła pisarza nakręcił „Jackie Brown”. Wie czego chce i niemal zawsze stawia na swoim, wzbudzając kontrowersje sposobem bycia i dorobkiem artystycznym. Dziesiąta muza doczekała się kolejnego buntownika bez powodu – Quentina Tarantino.

REKLAMA
Zapytany, dlaczego jest tak pewien braku powiązania między filmową a realną przemocą, nie zgodził się na komentarz. Coraz bardziej naciskany, zezłoszczony wypalił do prezentera Channel 4: Zamknij dupę! Wywiad dotyczył „Django”, ale nie był to pierwszy raz, kiedy Tarantino poniosły emocje. Inny przykład stanowi dyskusja z krytyczką na temat „Kill Bill”. Była to burzliwa i pełna wzajemnego przekrzykiwania się rozmowa. Bo dostarcza tak wiele zabawy, Jane! Zrozum to! – zdenerwowany reżyser odpowiedział na pytanie, czemu film pokazuje aż tyle graficznej przemocy.
Jednak to nie zadający nieudolne pytania dziennikarze wzbudzają największe emocje u filmowca, lecz ojciec. Porzucił on bowiem matkę Tarantino jeszcze przed jego narodzinami. I kiedy syn stał się popularny, rodziciel bezczelnie wykorzystał okazję, realizując dawne ambicje aktorskie. Dostało się przez to przypadkiem reporterowi Chrisowi Connelly'emu. Quentin wziął go omyłkowo za autora artykułu o swoim ojcu, Tonym Tarantino. Nie bacząc na innych ludzi, wykrzyknął do dziennikarza pierdol się! i splunął w jego stronę. Zdarzenie miało miejsce podczas imprezy oscarowej w 1997 roku i zostało zarejestrowane przez stację MTV.
Cofnijmy się zatem do czasu, gdy Tarantino wychowywała samotnie matka. Connie McHugh była prawdziwą podporą dla chłopca pozbawionego ojca. Będąc nastolatką, łączyła opiekę nad jedynakiem i studia w college’u. Ogromne znaczenie miało to, że doceniała artystyczne zapędy syna. Nie mierził jej nawet fakt, że w historyjkach pisanych przez Quentina zawsze ginęła. Wręcz przeciwnie, była wzruszona, kiedy opowiadał, jak mu z tego powodu przykro. Młoda matka nie miała jednak zbyt wiele pieniędzy i zapewniała synowi rozrywkę w postaci taniego kina. Dzięki temu jeszcze jako brzdąc poznał on Johna Wayne'a czy „Dobrego, złego i brzydkiego” Sergia Leone. Szybko zakochał się w postaciach z ekranu i zamarzyło mu się aktorstwo, ale – dziwnym trafem – mama twierdziła, że synek zostanie reżyserem.
logo
Quentin Tarantino: buntownik bez powodu Fot. Shutterstock
Marzący o aktorstwie Tarantino nienawidził szkoły i, wagarując, wolał przesiadywanie w kinie. Wybierał przede wszystkim brutalne filmy dla starszej widowni, a „Ostatni dom po lewej” (1972) Wesa Cravena jako pierwszy wywołał w nim autentyczne przerażenie – zyskał on miano jednego z najbardziej zwyrodniałych dzieł w dziejach kina. Rzucił szkołę mając 15 lat. Zajął się za to wymarzoną nauką gry aktorskiej i między innymi pracą biletera w kinoteatrze pornograficznym. Został jednak zwolniony po około roku, kiedy wyszło na jaw, że jest niepełnoletni. Zresztą porno i tak go nie kręciło. Zasypiał podczas oglądania.
Po szeregu pomniejszych prac, w wieku 22 lat, zdobył zatrudnienie w wypożyczalni kaset Video Archives. Podczas pięcioletniej pracy obejrzał niezliczone produkcje, dzieląc się swoją pasją do kina z pozostałymi pracownikami i klientami. Najważniejsze było jednak to, że rozpoczął pisanie scenariuszy i kręcenie. Za pomocą kamery 16 mm stworzył „Love Birds in Bondage” i komedię „Urodziny mojego najlepszego przyjaciela” – zachowało się tylko 36 z 69 minut „My Best Friend’s Birthday”. Dzisiaj przyznaje, że oba filmy były okropne, ale traktował je jak szkołę filmową. Jego ambitniejsze projekty filmowe wymagały jednak większego nakładu finansowego. Ale nikogo nie interesowało danie pieniędzy amatorowi. Sprzedał więc scenariusze „Prawdziwego romansu” i „Urodzonych morderców”. I tak powstały fenomenalny film Tony'ego Scotta i znacznie odbiegające od pierwotnego tekstu dzieło Olivera Stone’a. Początkujący artysta był oburzony ogromem zmian. Zaatakował w prasie twórcę „Plutona” i wywalczył usunięcie z filmu swego nazwiska jako autora scenariusza. Pozostawiono go jedynie pomysłodawcą historii.
Zarobione pieniądze i niespodziewane finansowe wsparcie ze strony Harveya Keitela czy Monte Hellmana były dla Tarantino szansą na profesjonalne zrealizowanie „Wściekłych psów”. Po obejrzeniu przed laty „Człowieka z blizną” miał on wizję swojego filmu. Zaowocowało to bezkompromisowym dziełem pełnym naturalistycznej przemocy, ale zaskakującym dialogami i konstrukcją fabularną. Kolejny film byłego pracownika Video Archives, „Pulp Fiction”, okazał się dla niego przełomowy. Wywindował go na pozycję genialnego scenarzysty i reżysera – i w kolejnych latach tylko ją umocnił.
Nic więc dziwnego, że Tarantino pozostaje przekonany o wysokim poziomie własnej pracy. Ilekroć słyszę o reżyserach, którzy mówią, że nie mogą oglądać swoich filmów, bo widzą tylko wady i okazuje się to dla nich zbyt bolesne, jest mi ich bardzo szkoda – przyznał na ubiegłorocznej konferencji prasowej w Cannes. Nie pozostaje jednak zupełnie bezkrytyczny. Uważa „Grindhouse: Death Proof” za najsłabsze dokonanie w swojej filmografii... zaznacza jednak, że pod względem jakości kinowego doświadczania jest ono tak samo dobre jak jego pozostałe filmy. Mimo to obawia się, że z wiekiem będzie robił coraz gorsze kino. Według niego bowiem reżyserzy wraz z upływem czasu nie stają się lepsi, tylko gorsi. I tłumaczy, że mając 60 lat na pewno nie będzie stał za kamerą. Zająłby się za to pisaniem beletrystyki i książek o kinie. Obecnie pisze teksty krytyczne i eseje filmoznawcze, ale jeszcze żadnego z nich nie opublikował i na razie tylko je gromadzi.

Drugim powodem skłaniającym Tarantino do rezygnacji z reżyserii jest, tak wszechobecny w dzisiejszym kinie, obraz cyfrowy. Zdaniem autora „Django” nie zasługuje on na miano filmu – jest to wyłącznie telewizja na wielkim ekranie. Twierdzi, że chodzenie do kina traci sens, bo domowe warunki umożliwiają oglądanie bardzo dobrego obrazu cyfrowego. Jednak artysta nie poprzestaje wyłącznie na gadaniu i bierze się za samodzielne ratowanie analogu. Kupił bowiem kino New Beverly Cinema w Los Angeles, by nadal pokazywało filmy 35 mm. I wszystkie jego dotychczasowe dzieła, z wyjątkiem nagrywanego na 75 mm „The Hateful Eight”, wykorzystują taki format zapisu.
Pozostawanie wiernym analogowi, mimo że prawie wszyscy nagrywają aktualnie cyfrowo, dobrze obrazuje nonkonformistyczny i buntowniczy charakter Tarantino. Jednak nawet największym buntownikom zdarzają się czasem kompromisy. Jednym z nich w przypadku reżysera było wzięcie udziału w tworzeniu nowelowego filmu „Cztery pokoje” z 1995. Tarantino postanowił, że nakręci go ze znajomymi: Allison Anders, Alexandrem Rockwellem i Robertem Rodriguezem. Kiedy jednak przeczytał scenariusz, postanowił, że rezygnuje. Ale ostatecznie uległ naciskom jedynej kobiety w ich składzie. Tym samym, stał się współautorem stosunkowo przeciętnej produkcji, choć nowela Tarantino, ze względu na zabawne i błyskotliwe dialogi, okazała się tą najlepszą.
Tarantino wspomina, że jako zwykły zjadacz chleba nie byłby listonoszem albo telemarketerem, tylko zaliczałby jeden przekręt za drugim i wylądowałby w więzieniu – swego czasu spędził w nim 10 dni za niezapłacone mandaty parkingowe. Jednak nie został kryminalistą, ponieważ urodził się filmowcem. Już jego imię zostało zaczerpnięte od postaci Quinta Aspera zagranej przez Burta Reynoldsa z serialu westernowego „Gunsmoke”. Wręcz oddycha filmem i nie stroni od jakiegokolwiek gatunku – obok tandetnego kina eksploatacji wybiera dzieła Pedro Almodóvara. Dzięki ambicji przeszedł drogę od chłopaka z kalifornijskiego Video Archives po jedną z najbardziej cenionych postaci Hollywood. Jako piętnastolatek ukradł książkę Elmore'a Leonarda, a po trzydziestce znakomicie zekranizował „Rumowy poncz” jego autorstwa. Dzisiaj ma ponad 50 lat i, będąc na szczycie przemysłu filmowego, nadal pozostaje piekielnie zdolnym buntownikiem bez powodu.
Kontakt z autorem:
piotr.burakowski@interia.pl