Mercedes W126 w wersji 560 SEL
Mercedes W126 w wersji 560 SEL Foto: Dieter Rebmann

Kiedyś jazda samochodem wymagała prawdziwych umiejętności. Podobnie jak inne czynności, które teraz są zautomatyzowane albo stały się zbędne. A natura człowieka, ta najbardziej fundamentalna, pozostała taka sama...

REKLAMA
Gdy prawie trzydzieści lat temu zaczynałem zarabiać jako dziennikarz, jedynym urządzeniem, oprócz telefonu z obrotowa tarczą, z którego korzystałem, była mechaniczna maszyna do pisania. Mechaniczna, walizkowa, enerdowska. Nazywała się „Erika”, a nazwa ta przywodziła na myśl srogą blondynkę w mundurze, zbudowaną jak enerdowska pływaczka, krzyczącą głośno po niemiecku. I właśnie taka była.
Każdy błąd, każde zbyt słabe uderzenie w klawisz oznaczało przerwanie toku myślenia, cofanie wałka i ponowne uderzenie w klawisz. Literówka i od razu czeski korektor w kartonikach, tragedia. Maszyna do pisania nauczyła mnie bezwzrokowego pisania na klawiaturze QWERTY, ale także nauczyła porządkowania myśli, intelektualnej schludności, bez której maszynopis wyglądał jak brudnopis pijanego magazyniera.
Pierwsze samochody, którymi jeździłem, działały podobnie. Skrzynia biegów pozbawiona była synchronizacji, nie uświadczyło się w nich wspomagania układu kierowniczego, hamulce były bębnowe, zaś opony – diagonalne. Każda czynność wymagała koordynacji ruchów, siły fizycznej, cierpliwości. Samochód nie poprawiał żadnych błędów techniki jazdy. Owszem, może nie był za szybki, ale konsekwencje działań kierowcy bardzo poważne. Nie było pasów bezpieczeństwa ani poduszek powietrznych, przy mocnym hamowaniu koła przestawały się obracać, puszczenie hamulca, by wóz skręcił, wymagało żelaznej dyscypliny psychicznej.
To fakt, samochód kilkadziesiąt lat temu na wiele sposobów mówił swojemu kierowcy, że ten zbliża się do granicy jego fizycznych możliwości. Najpierw narastał opór na cienkiej, twardej kierownicy, potem nadwozie przechylało się tak, jakby wóz chciał sięgnąć bruku lusterkiem zewnętrznym. Opony uginały się i zaczynały protestować głośnym piskiem. Dopiero potem auto zaczynało się uślizgiwać, a że podróżowało dość wolno, zawsze był czas na reakcję, kontrę, pracę gazem. Samochód sam się nie stabilizował – brak jakiejkolwiek decyzji w najlepszym razie oznaczał wizytę u blacharza, a w najgorszym – na cmentarzu. Bez umiejętności nie było mowy o szybkiej jeździe.
Gotowanie było trudne, bez półfabrykatów, gotowych przypraw, kuchenek indukcyjnych, mikrofalówek... Moja Babcia w każdej sytuacji potrafiła ugotować zupę, która zawsze smakowała tak samo, ale nie umiała spisać na nią przepisu, zaś brak urządzeń technicznych w kuchni zupełnie jej nie przeszkadzał. Telefonowanie było trudne, bo mało kto miał telefon w domu, a elektromechaniczne centrale łączyły z socjalistyczną dokładnością i czasem udawało się porozmawiać z kilkoma osobami, nim powiodło się połączenie z tym człowiekiem, którego numer wykręciliśmy. Internetu i gier komputerowych nie było, dla wypełnienia wolnego czasu czytałem książki.
Dziś świat na pozór wydaje się łatwiejszy, bardziej demokratyczny i bardziej dostępny. Każdy może pisać na komputerze, a edytor tekstu poprawi mu błędy gramatyczne i ortograficzne. Komputer oczywiście myśli autorowi do głowy nie włoży, ale sprawi, że czynność pisania na klawiaturze nie będzie miała w sobie żadnego pierwiastka wyzwania. Błędy znikają dzięki informatycznej magii.
Z samochodami mamy analogiczną sytuację. Same zmieniają biegi, bez wiedzy kierowcy hamują poszczególne koła, stabilizując się, czasem nawet potrafią skręcić przednie koła tak, że kierowca również o tym nie wie. Wykrywają pieszych nocą, linie na jezdni, samoczynnie utrzymują odstęp od poprzedzającego pojazdu i same hamują, by nie zderzyć się z nieruchomym pojazdem. Kierowca zyskuje poczucie, że jest niezwyciężony, albo, co gorsza, że to dzięki jego geniuszowi auto tak wspaniale jedzie. Oczywiście fizyki nie da się oszukać, ale na podstawowym poziomie nawet zupełny kretyn dzięki nowoczesnemu samochodowi ma szansę przynajmniej przeżyć wypadek, który dwadzieścia lat temu zabiłby go niechybnie.
Gotować chemiczne byle co każdy może, każdy ma komórkę, a odpowiedzi na większość pytań szuka się w Wikipedii – do czego nawet nie jest potrzebna znajomość alfabetu, nieodzowna przy korzystaniu z tradycyjnej encyklopedii. Życie stało się prostsze, ale ubyło z niego sporo emocji. Codzienne, fundamentalne czynności nie angażują mózgu, nie zmuszają do skupienia i staranności.
Ale w naturze człowieka leży pragnienie ekscytacji, silnych przeżyć, które sprawiają, że krew w nas szybciej płynie, a hormony wydzielają się intensywniej. Skoro jazda samochodem czy pisanie listu nie poruszają nas już zupełnie, zwróciliśmy się ku sportom zwanym „ekstremalnymi”. Kiedyś każdy rodzaj motorsportu był ekstremalny, tylko nikomu nie przyszło do głowy tak tego nazywać. Strach przed błędem i satysfakcję z prawidłowego wykonania trudnej czynności zastąpiliśmy bezmyślnym, nie wymagającym żadnej konkretnej umiejętności skokiem na bungee. Albo, co gorsza, grą komputerową, w której nie sposób zginąć. I z tego punktu widzenia postęp techniczny nie wydaje mi się jednoznacznym błogosławieństwem. Niech każdy z nas nauczy się jakiejś prawdziwej umiejętności, choćby wbijania gwoździ, bo lada chwila się okaże, iż mało kto jeszcze cokolwiek zrobić umie.