
Od dziś można w warszawskim Muzeum Techniki w PKiN obejrzeć fantastycznie dopracowaną wystawę o historii samochodu FSO Polonez. Wystawę tę każdy fan pojazdów samochodowych winien zobaczyć koniecznie, bo uczy także wielu zapomnianych faktów z historii komunizmu w PRL.
REKLAMA
Pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy usłyszałem o Polonezie. To było chyba w 1975 roku. Siedziałem sobie w czytelni biblioteki szkolnej w mojej podstawówce, czytając książkę Zdzisława Podbielskiego o światowych markach samochodów. Nie przypuszczałem oczywiście wtedy, że nie tylko będę pana Podbielskiego znał osobiście, ale że będę z nim "na Ty". Podszedł do mnie kolega ze starszej klasy i powiedział, że podobno w Warszawie widuje się nowy polski samochód z regulowaną wysokością ustawienia kierownicy. Uznałem to za jakieś mrzonki, przecież coś takiego musiało być niemożliwe technicznie… Jakże się myliłem, będąc dzieckiem realnego socjalizmu. Wkrótce ujrzałem Poloneza, a wiele lat później również Polonezem uczyłem się jeździć - z kierownicą po prawej i w lewostronnym ruchu.
W przeciwieństwie do Warszawy, która kojarzy mi się z brutalną dominacją Stalina i sprzedawczyka Bieruta, oraz Malucha, którym zwyczajnie nie lubiłem nigdy jeździć, Polonez kojarzy mi się z jakiegoś powodu pozytywnie. Stale żałuję, że nie kupiłem od kolegi steranej rajdówki z klatką i dwuwałkowym włoskim silnikiem… Wystawę trzeba zobaczyć koniecznie. Choćby po to, by wreszcie nauczyć się odróżniać Poloneza Coupe od Poloneza 3-drzwiowego.
